Występ Jonasa Kaufmanna w roli Otella wypełnia wszystkie znamiona idiotycznej nagonki serwowanej części naszego społeczeństwa. Co prawda śpiewaka nie umalowano na brązowo ale w tekście libretta tłumaczonego na język polski odzywa się rasistowska charakterystyka głównego bohatera – dzikus z wzdętymi wargami.

Projekcja opery Giuseppe Verdiego, zarejestrowanej w październiku 2023 roku w Wiener Staatsoper zachwyciła jednak publiczność tegorocznych Muzycznych Ogrodów w wielkim namiocie na dziedzińcu Zamku Królewskiego, bo kolejne akty dzieła kwitowano oklaskami, choć wykonawcy tego nie mogli przecież usłyszeć. Oczywiście największą atrakcją w tej operze jest partia tytułowa śpiewana przez tenora obdarzonego mocnym, bohaterskim głosem, którego popis szczególnie w początkowej scenie burzy powinien porażać ogromem. W dawnych kronikach zanotowano wspaniałe występy Francesco Tamagno, który potęgą swego głosu zaskakiwał słuchaczy.
W nowszych czasach podobną sławę zyskał w roli Otella Mario del Monaco, a dziś triumfy w tej partii święci niemiecki tenor Jonas Kaufmann. Jego partnerka w roli Desdemony Rachel Willis-Sørensen dysponowała pięknym sopranowym głosem o nieskazitelnej technice i czystości. Trzecia postać dramatu to Jago, chorąży, ponoć niedoceniony przez wodza, śpiewający barytonem. W przedstawieniu rolę objął francuski baryton Ludovic Tézier. Wreszcie awantura toczy się wokół kapitana z tego oddziału Kassia, którego wykreował przystojny tenor o uwodzicielskiej powierzchowności Bekhzod Davronov pochodzący z Uzbekistanu. Cała ta śpiewacza obsada wraz z orkiestrą i chórem (są tu również dzieci) pod dyrekcją Alexandra Soddy, daje popis najwyższej jakości. Jeśli już pochwaliliśmy głównych wykonawców partii wokalnych to kto wie, czy nie ważniejsze jest zwrócenie uwagi na stronę dramatyczną przedstawienia wiedeńskiego.

Brytyjski reżyser Adrian Noble, dobrze czujący się w realizacji dramatów Szekspira, a za nim odtwórcy trzech, a może nawet czterech ról wiodących, dokonali niesamowitego wyczynu, bo znakomicie śpiewając wyposażyli jeszcze swoje zadania muzyczne w pełnokrwiste role aktorskie, wspięli się na wyżyny sztuki scenicznej, tym trudniejszej, że dzięki kamerom musieli również w zbliżeniach prezentować pełnokrwiste postacie wzięte z tragedii Szekspira. I tutaj role się nieco odwróciły, bo na plan pierwszy wypłynął talent Ludovica Tézier, który kreował rolę Jagona. Właściwie okazało się, że to on, a nie Otello – Kaufmann jest centralną postacią przedstawienia. To Jago nakręca już od pierwszej sceny całą intrygę, jemu najbardziej zależy, aby coś się popsuło między naczelnym wodzem a jego małżonką. On też wprowadza do tej intrygi postacie poboczne, aby swoimi rękami i drobnymi incydentami spowodowały zamęt i „wkręciły” w aferę erotyczną miejscowego donżuana Kassia. Jagon się nie śpieszy, postępuje krok po kroku w kierunku rozpętania skandalu, a plan zasiania podejrzeń w głowie Otella udaje się bez większych przeszkód. Śledzimy intrygę, które finał przecież dobrze znamy, w wielkim napięciu, i to jest zasługa Szekspira, Verdiego, kreatorów głównych ról, ale przede wszystkim jednak reżysera. Trafił on po prostu na znakomitego wykonawcę swego zamysłu, który akcję opery od początku do końca, kiedy to już po śmierci Desdemony, udaje niewiniątko, napędza po mistrzowsku. Kilka słów należy się oprawie wizualnej przedstawienia, która mimo wszystko nie robi wielkiego wrażenia.
Akcja dzieje się jakoby na Cyprze, który jest kolonią Wenecji, ale chór odziano w czarne stroje, a panom dano na głowy cylindry. Mamy więc czasy ok. roku 1900. Na biało przygotowano kostiumy dla małżonków Otella i Desdemony. Ona występuje najpierw w sukni z fin de sieclu, a na spotkanie z wysłannikiem doży weneckiego wybiera się w eleganckiej kreacji balowej.

Sam Otello występuje najpierw w arabskiej galabii a później wdziewa biały płaszcz mundurowy z czerwonymi szamerunkami, jakby husarskimi. Estetycznie jest więc tutaj pomieszanie z poplątaniem, które wprowadził, chyba dla odznaczenia swojej oryginalności, autor skromnej scenografii Dick Bird. Inni komentatorzy twierdzą, że chciał zasygnalizować emocjonalną dezintegrację swych bohaterów. Co by jednak nie powiedzieć nikt z widzów się specjalnie kostiumami nie przejmował, bo dramat postaci opery był o wiele bardziej dojmujący. To po prostu jedno z najwspanialszych dzieł, które możemy nazwać dramatem muzycznym.
Joanna Tumiłowicz