Dzień po dniu występują w Krakowie tenorzy z nowojorskiej Metropolitan Opera. Tym razem był to Hiszpan Celso Albelo w Filharmonii Krakowskiej 26 czerwca, nazajutrz po Jonathanie Tetelmanie na Wawelu. Po emocjach związanych z wystawioną tam Toską potrzeba było wytchnienia przed kolejnymi wieczorami, a nawet nocami na Zamku Królewskim. Najlepszym na to sposobem okazała się zarzuela Portowa oberżystka (la Tabernera del puerto) Pablo Sorozábala Mariezkurreny, a więc hiszpańska śpiewogra.

Kompozytor, urodzony w baskijskiej Donostii (San Sebastian) w rodzinie rdzennych mieszkańców, do jedenastego roku miał mówić wyłącznie w ojczystym języku, który zatracił wraz z wykształceniem i karierą, ulegając pełnej hispanizacji, a prapremiera wspomnianego dzieła miała z kolei miejsce w stolicy Katalonii Barcelonie.

Twórca określa je jako romans marynistyczny, a jego forma bliższa jest operze z mówionymi dialogami. Składają się nań numery muzyczne w formie orkiestrowych wstępów i intermezzi, chórów, arii, duetów, tercetów i zbiorowych finałów, a także melodramat i scena wokalno-instrumentalna. Romanca Leandra No pueder ser zyskała światowy rozgłos dzięki Plácido Domingo i Josepowi Carrerasowi, wykonującym ją na bis podczas swoich recitali.
Rzecz rozgrywa się w fikcyjnym porcie Cantabreda w Kraju Basków, gdzie tytułową tawernę otwiera przybyła doń para: piękna Marola i dużo starszy od niej awanturnik Juan. W kobiecie zakochuje się ze wzajemnością rybak Leander i młodociany Abel. Juan obiecuje Leandrowi odstąpić Marolę, jeśli ten przewiezie dlań tajemniczy ładunek. Towarzyszy mu w tym kobieta, lecz ich łódź rozbija się w czasie morskiej burzy, a oni sami zatrzymani zostają przez straż. Wtedy Juan ujawnia swą prawdziwą tożsamość.
Okazuje się być jej ojcem. Oddaje się w ręce wymiaru sprawiedliwości, a młodzi odzyskują wolność. Na pierwszy plan, jak to często bywa, wysunęła się postać gwałtownego i brutalnego Juana w interpretacji barytona Emmanuela Franca. W romancy No! No! No!, w której daje upust swej rozpaczy po zaginięciu Maroli, operuje bogatą paletą odcieni dynamicznych, w środkowym ustępie urzekając wielkiej urody mezza voce.

Podobał mi się również ciemno zabarwiony, głęboki bas Simóna Orfili w roli jego zausznika Simpsona. Jako się rzekło Celso Albelo, występujący w Metropolitan Opera jako Leicester w Marii Stuart Donizettiego i pod względem aparycji w pełni odpowiadający obiegowym wyobrażeniom o tenorach, zwracał uwagę nośnym głosem, a w finale drugiego aktu zaintonował nawet długo wytrzymane c², ale w jego ujęciu partii Leandra brakowało mi większej finezji w zakresie kształtowania i różnicowania tembru jako środka wyrazu.
W śpiewie Katarzyny Guran przeszkadzał mi nadmiar wibrata, choć sama aria Maroli En un país de fabula z koloraturami na tle mormoranda męskiego chóru zabrzmiała dość zachęcająco. W pomniejszych partiach wystąpili członkowie Chóru Filharmonii Krakowskiej. Mieliśmy do czynienia z wykonaniem na wpół scenicznym, a więc z solistami i chórem z rodzajowymi, barwnymi dodatkami do ubrań, łączącymi czerń z czerwienią, a Lidia Sosnowska w spodenkowej roli młodzieńczego Abla dodatkowo zaopatrzona została w rekwizyt w postaci akordeonu, pozostającego wszakże niemym.
Krakowscy filharmonicy pod dyrekcją José Miguela Péreza-Sierry, niedawno prowadzącego inaugurację II Festiwalu Mahlerowskiego, przydali dziełu symfonicznego poloru. Zwłaszcza w ustępach operujących malarstwem orkiestrowym jak przywołujący morski żywioł wstęp do pierwszego aktu czy obraz ilustrujący wyprawę łodzią zakończony wizją sztormu, a także rytmiczne intermezzo w połowie aktu drugiego.

Interesująco jest też pomyślana konfrontacja chóru męskiego głoszącego pochwałę urody Maroli z chórem żeńskim wznoszącym hymn do Madonny. Warto wspomnieć, że po raz pierwszy omawiane dzieło zabrzmiało w Polsce również w formie estradowej w warszawskiej Filharmonii Narodowej 9 i 11 grudnia 2011 roku pod dyrekcją Víctora Pabla Péreza, a fragmenty z utworów tego gatunku hiszpańskiej muzyki scenicznej, w tym Sorozábala, wypełniły 18 czerwca 2016 roku widowisko Zarzuela Show dane na zakończenie dyrekcji Ewy Michnik w Operze Wrocławskiej.
Lesław Czapliński