Familie książęce. Jedni z ziemi włoskiej, mecenasi sztuki renesansowej, drudzy.z ziemi polskiej, wspierający klasycyzm. Historia sprawiła, że i część Poniatowskich też związała swe losy z Italią oraz z Francją. Po 14 latach Piotr Medyceusz, opera Józefa Michała Poniatowskiego powraca na estradę Filharmonii Krakowskiej (4 czerwca 2025), choć pod szyldem innego festiwalu, tym razem Rossiniowskiego.

Dzieło to, wzorem Giacomo Meyerbeera, stanowi połączenie francuskiej grand opéra z obowiązkową muzyką baletową (niestety, ponownie jej nie usłyszeliśmy), wielkimi scenami zespołowymi oraz orkiestrą wzbogaconą o organy, z belcantowymi dziełami scenicznymi. Wskazuje na to dwuczłonowa budowa numerów solowych: arii i duetów składających się z lirycznej kawatyny oraz popisowej cabaletty, wielkie concertata na zakończenie aktów, a także na wzór wokalny traktowanie instrumentów dętych drewnianych, których partie odznaczają się kantylenowym kształtowaniem frazy.
Sam kompozytor z siostrami Isabellą i Costanzą byli śpiewakami operowymi, oczywiście, jak na arystokratów przystało, występujący nie w celach zarobkowych, lecz uczestniczący w wykonaniach amatorskich dawanych przez dobrze urodzonych. Warto też wspomnieć, że pierwsza jego opera Giovanni di Procida osnuta była na tym samym wątku, co późniejsze Nieszpory sycylijskie Giuseppe Verdiego.
Był naturalnym synem Stanisława Poniatowskiego, bratanka króla Polski z tego rodu, co spowodowane było, iż jego matka Cassandra Luci posiadała męża, a kościół nie chciał udzielić unieważnienia małżeństwa. To być może przyczyniło się, że ojciec, dotknięty ponadto pierwszeństwem udzielonym Jakubowi Stuartowi, po matce Sobieskiemu, podczas audiencji u Piusa VI, mając ucałować papieski pantofel z zaszytym pierścieniem, z całej siły pociągnął pontifexa za nogę, tak że ten o mało co nie spadł z Piotrowego stolca...
Wracając do syna, to związał się on z Napoleonem III, zawdzięczając mu niewątpliwie paryską prapremierę wspomnianej opery. Jego potomkiem był Michel Poniatowski zwany "Ponia", francuski polityk z czasów Georges'a Pompidou i Valeryego Giscarda d'Estainga, minister oraz przewodniczący rządowej wówczas partii. Najwięcej spodziewałem się po występie Patricka Kabongo w tytułowej partii.
W poprzednich latach imponował swobodą w sięganiu do oktawy dwukreślnej w Rossiniowskich: Elżbiecie, królowej Anglii oraz w Hrabiu Orym. Tym razem wysokie tony nie odznaczały się pewnością intonacji i blaskiem barwowym, choć swą arię w czwartym akcie zakończył ekspresyjnym fil di voce czyli ściszeniem o znacznej urodzie. Podsumowując, porównanie wypada chyba na korzyść Xu Changa, który wystąpił w 2011 roku, co utrwalone zostało na płytach, swego czasu często odtwarzanych w ramach nadawanej z Londynu Nocy Euroradia.
Ale nic straconego, bo kongijski tenor wystąpić ma jeszcze w roli Don Ramira w scenicznej prezentacji Kopciuszka w przyszłym tygodniu. Bardzo podobał mi się Nathanaël Tavernier w partii Wielkiego Inkwizytora. Wartościowy bas o głębokim wolumenie i ciemnej barwie, wyrównanej emisji i szlachetnym prowadzeniu frazy. Zwracały uwagę ustępy realizowane mezza voce. Szkoda że odtwarzana przezeń postać nie ma własnej arii. Takowa, z solo trąbki w cabaletcie, przypada w udziale obsadzonemu przez barytona Julianowi Medyceuszowi, który znalazł godnego wykonawcę w osobie Césara San Martína.

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na interesujące odwrócenie obiegowej praktyki, by amant śpiewał tenorem, a negatywna postać głosem średnim. W tej operze dzieje się à rebours, mówiąc z francuska, w którym języku ułożone jest libretto Henri Vernoy de Saint-Georges'a i Émiliena Paciniego. Claudia Pavone jako Laura Santi posiada sopran o znacznej gęstości, ale wysokie dźwięki charakteryzowały się dość siłową artykulacją, właściwą dla dawnej szkoły włoskiej.

Wolna od tego rodzaju mankamentów była natomiast wzruszająca preghiera na początku trzeciego aktu. Dobre wrażenie pozostawił Bartłomiej Chorąży w niewielkim epizodzie jednego z Graczy, ale za to zaśpiewanym z dużym wyczuciem. Ważną rolę w przebiegu akcji odgrywają sceny chóralne: wspomnianych graczy w kości w drugim akcie czy biesiadników w trzecim. Z ustępów orkiestrowych warto przytoczyć marsz żałobny poprzedzający finał. Całość poprowadził ostatnio coraz bardziej zadomowiony w Filharmonii Krakowskiej hiszpański kapelmistrz José Miguel Pérez-Sierra.
Lesław Czapliński