Kiedyś panowały egipskie ciemności jako kolejna plaga zesłana przez Boga Izraelitów. Ale to także zaćmienie słońca wykorzystane przez kapłanów do odsunięcia od władzy faraona Ramzesa XIII, a co wymyślił Bolesław Prus na użytek swojej powieści.

Z kolei egipska kanikuła 2 lipca uwiarygodniła realia Aidy wystawionej tego dnia przez Operę Krakowską na Wawelu. A wspomnianych kapłanów oskarża o okrucieństwo i krwiożerczość Amneris, gdy skazują na śmierć jej ukochanego Radamesa, a twórcy opery mieli chyba na myśli nie tylko tych starożytnych... Właściwie było to dokładne przeniesienie spektaklu ze sceny, z kompletem mobilnych dekoracji. Jak to w świecie sztuki bywa, nie wszystko musi posiadać racjonalne wytłumaczenie. Niekiedy są to autonomiczne motywacje artystyczne. W tym przypadku połączenie czerni twarzy i kostiumów ze złotem ozdób miało na celu przede wszystkim efekt wyeksponowania tych ostatnich.
W ten sposób powstał samoistny świat przedstawiony, nie posiadający bezpośrednich odniesień do pierwowzorów i realiów historycznych czy geograficznych. W końcu jest to rzeczywistość operowa, a zatem w pełni umowna, skoro się śpiewa zamiast mówić oraz zachowaniami rządzi przede wszystkim rytm muzyczny. Jedynie pewne wątpliwości budzić mogły zbyt barbarzyńskie pióropusze etiopskich jeńców.

Zastanawia natomiast, dlaczego reżyser, będący przede wszystkim choreografem, nie zadbał o większą oryginalność układów, spomiędzy których na moment wyłonił się Jauheni Raukuć wykonujący klasyczne tours en l'air czyli skoki z obrotami w powietrzu. Natalia Rubiś w pełni sprostała tytułowej partii, zarówno w dwóch ariach: Ritorna vincitor z pierwszego aktu oraz Ocieli azzurri z trzeciego, łącząc bardziej dramatyczne ustępy z lirycznymi o naturze kantylenowej, a także nie nadużywając dynamiki, jak i duetach z Radamesem: Pur ti riveggo, mia dolce Aida z tegoż oraz w finałowym Morir, sì pura e bella.

O ile głos partnerującego jej Dominika Sutowicza posiada ciężar gatunkowy prawdziwego tenora bohaterskiego, to w momentach, gdy śpiewak sięgał po pianissimo w zakończeniu arii Celeste Aida oraz w przywołanym już duecie zamykającym operę, odmawiał nieco posłuszeństwa, do czego po części przyczyniał się mikroport wyłapujący i uwypuklający wszystkie niepożądane, wkradające się szmery. A właśnie to cieniowanie w wykonaniu tego śpiewaka wywoływało przemożne wrażenie podczas występów w marcu. Główną rolą jest wszakże dramatyczna Amneris.
Posiada ona też swój motyw wielokrotnie powracający i towarzyszący pojawieniom się jej osoby, po części tylko rekompensujący brak własnego ustępu solowego. Tym razem zabrakło mi jednak siły wyrazu w kluczowej scenie sądu na początku czwartego aktu, kiedy w tej partii wystąpiła Olga Maroszek wraz ze wspomnianym Dominikiem Sutowiczem w jednym z przedstawień po marcowej premierze.

Korzystnie zaprezentowali się śpiewający basami: Sebastian Marszałowicz jako Faraon i Rafał Siwek udzielający postaci i głosu Arcykapłanowi Ramfisowi. Do udanych zaliczyć mogą swoje epizody Wasyl Grocholśky (Posłaniec) i Zuzanna Caban (Kapłanka). Duże wrażenia wywarła na mnie surowa brzmieniowo inwokacja a cappella chóru męskiego Spirto del Nume, sovra noi discendi!, poprzedzająca sąd kapłanów nad Radamesem.
Bardzo dobrze wywiązała się ze swych zadań orkiestra Opery Krakowskiej pod batutą argentyńskiego dyrygenta Luisa Gorelika. Ze wstępu uczynił on nieomal rozbudowany obraz muzyczny. Z wyczuciem eksponował kulminacje, a także pozwalał w odpowiednich ku temu momentach wysuwać się na pierwszy plan solowym ustępom oboju, przywołującym piękno etiopskiej ojczyzny Aidy i jej ojca Amonastra, czy klarnetu, towarzyszącego konfrontacji Amneris i Radamesa w duecie Già i sacerdoti adunansi. Warto wspomnieć, że Verdi na potrzeby Marsza triumfalnego w drugim akcie wprowadził sześć tak zwanych trąbek egipskich, których budowę podpowiedziała mu intuicja, a co później znalazło potwierdzenie w pracach archeologicznych. A sam jego duch zadbał chyba o odpowiednią aurę, która dostarczyła odpowiedniej oprawy wieczorowi.
Lesław Czapliński