Przegląd nowości

Kilka słów o zachowywaniu się w teatrze

Opublikowano: poniedziałek, 21, lipiec 2025 06:38

Wraz z nastaniem wakacji przestajemy bywać w teatrze, częściej odwiedzając imprezy festiwalowe i plenery, gdzie nie obowiązują marynarki i odświętne suknie, eleganckie do granic tolerancji zawistnych koleżanek. Właśnie marynarki, co przypominam panom, którzy w sezonie ryzykują obecność na widowni w bluzach, a nawet tylko w koszulkach.

 

Dawniej nie do pomyślenia, a obecnie nagminne jest siedzenie w rzędach z butelką napoju w ręce, kieliszkiem trunku zakupionym w bufecie, a nawet zimną przekąską, gdy spektakl jest długi, a przerwy się przeciągają. Osobnym – dotąd nie spotykanym – obyczajem jest fotografowanie się samemu, z osobą towarzyszącą lub przyjaciółmi, aby później chwalić się przed odwiedzającymi gośćmi, jakim się to jest teatromanem, operomanem, czy baletomanem.

 

Nagminnym grzechem publiczności teatralnej naszych czasów są próby klaskania w czasie trwania spektaklu. Jeśli ma to miejsce podczas przedstawienia operowego, to proszę bardzo. Zwłaszcza po dobrze zaśpiewanych ariach, scenach chórowych czy baletowych, lub popisach orkiestry. Ale nie w teatrze dramatycznym, za urodę występującej aktorki, temperament amanta, lub w formie protestu, że wszystko przeciąga się w nieskończoność.

 

A już niedopuszczalne są brawa w Filharmonii między częściami symfonii, koncertu na instrument z orkiestrą, lub kilkuczęściowej sonaty. Z mojej praktyki teatralnej znam to z kontaktów z politykami różnej maści, którzy zapraszani (oczywiście za darmo), odpowiednio poinstruowani, (o czym po chwili zapominali), rżnęli brawa w środku Beethovena, Czajkowskiego czy Chopina, tłumacząc potem, że im się ta muzyka po prostu tak bardzo podobała.

 

Jeśli chodzi o niestosowność teatralnych zachowań, to nie bez grzechu są również występujący na scenie artyści. Póki trwa przedstawienie, mniej więcej realizują wskazania reżysera, choreografa lub dyrygenta. Ale po zakończeniu np. spektaklu operowego, odbywa się – zwłaszcza na premierach – takie oto widowisko:

 

Po zapadnięciu i ponownym uniesieniu kurtyny, na pustą scenę wychodzą statyści. Zaraz potem pojawiają się chórzystki i chórzyści. Jeśli jest to Nabucco, Halka lub Borys Godunow, brawa zamieniają się zwykle w owację, również dla szefa zespołu. Jeszcze przed nimi najbardziej zdyscyplinowanie i profesjonalnie kłania się grupa występujących tancerek i tancerzy, jako że śpiewacy chóru robią to zwykle niemrawo, nieśmiało i nierówno.


Teraz przychodzi kolej na solistów, od epizodystów, aż po pierwszoplanowe gwiazdy. Tutaj następuje coś, przeciwko czemu od lat się przeciwstawiam, ale nikt mnie dotąd nie słucha. Mianowicie chórzyści wykorzystując swe osobiste powiązania zza kulis zaczynają bić brawa swym ulubieńcom, zagłuszając tym samym publiczność i powodując, że postać drugoplanowa otrzymuje aplauz większy, niż bohaterowie tytułowi. Znam przypadki, że soliści przekupywali chórzystów (kawa, koniaczek, bratanie się i spoufalanie), aby tylko im właśnie klaskano, nie tylko z widowni, ale i ze sceny.

 

Gdy wreszcie na scenie pojawia się primadonna, w owacji biorą już udział wszyscy po obu stronach rampy. Zaś Ona wzruszona i zgięta w ukłonach wyciąga zza kulis mokrego od wysiłku dyrygenta, który wskazując na pozostających w kanale orkiestrowym muzyków sugeruje, że to nie On, tylko oni, chór, soliści i kto tam jeszcze przyczynił się do dzisiejszego sukcesu. A już zjawiskiem wręcz kuriozalnym jest wynoszenie wraz z kwiatami na scenę różnych przedmiotów, począwszy od maskotek, butelek z trunkami, a nawet produktów żywnościowych.

 

Przed kilkunastoma dniami, na prapremierze operowej podczas poznańskiego festiwalu „Malta”, wyszli na scenę nie tylko realizatorzy (reżyser, scenograf, choreograf, no i oczywiście dyrygent), ale również żyjący jeszcze kompozytor i librecista, cała ukryta dotąd w głębi sceny orkiestra z instrumentami w rękach, twórcy inspiracji do powstania takiego dzieła operowego, jego dostojni, jakże cenni mecenasi i sponsorzy, liczni pracownicy techniczni sceny i aż dwóch dyrektorów; jeden Festiwalu, a drugi teatru operowego, który kooperował w tym przedsięwzięciu. Ten pierwszy wygłosił sążniste przemówienie, wywołując na scenę jeszcze wszystkich pozostałych, którzy w jakiś sposób przyczynili się do tego domniemanego sukcesu. Brakło tylko bufetowych pilnujących w tym czasie napełnionych półmisków i kieliszków w foyer, oraz bileterek, które pochlipywały po kątach, bo też marzyły aby kłaniać się ze sceny.

 

Wszystko co napisałem nie jest jakąkolwiek krytyką. Jest tylko wołaniem o umiar i wstrzemięźliwość oraz powrót do dobrych, uświęconych wieloletnią tradycją zasad o podziale teatru na widownię i scenę, na której mogą stać tylko wybrani, którzy nie klaskają, ale będąc oklaskiwanymi przez stosownie zachowującą się widownię, stanowią trwałą i solidną podstawę teatralnego obyczaju. 

                                                            Sławomir Pietras