Don Pasquale pozostaje arcydziełem opery komicznej z epoki bel canto już od ponad 180 lat. Często grywane w większych i mniejszych teatrach, bo nie potrzebuje dużej orkiestry, niewielkiego tylko chóru i obsadę złożoną z właściwie tylko czworga, ale za to wybitnych solistów, koniecznie z nadzwyczajnymi talentami aktorskimi.
Gaetano Donizetti skomponował to dzieło zaledwie w 11 dni (!) dla potrzeb Opery Włoskiej w Paryżu, gdzie odniosło błyskawiczny sukces w roku 1843 i trwa bez przerwy do naszych czasów. Z ostatnich polskich wykonań wyróżniam spektakl Opery Krakowskiej z roku 2016, którego rewelacją był Mariusz Kwiecień (Malatesta), uprzednio zachwycający tą rolą w Metropolitan Opera.
Piszę o tym dlatego, że niejakie zdziwienie wywołała zapowiedź Grand Touru urządzenia kolejnej podróży operowej na Majorkę, gdzie na scenie Teatro Principal w Palmie postanowiono zaprezentować tylko trzykrotnie Don Pasquale, jako produkcję sceniczną pochodzącą z Teatro Regio w Parmie w reżyserii Pierr’a Francesco Maestriniego, ale z udziałem miejscowego chóru i Orkiestry Symfonicznej Wysp Balearów.
Nasze zdumienie wynikało z braku odpowiedzi na pytanie, po co jeździć na Don Pasquale aż na Majorkę, skoro tylko za mojej pamięci można było oglądać to przedstawienie w wielu miastach polskich, że wspomnę dawną realizację bytomską (z Majakiem, Kostrzewską, Hiolskim i Paprockim), warszawską (z Ładyszem i Sokorską), wrocławską (w znakomitej reżyserii Franca de Quella), łódzką (z Kazimierzem Kowalskim, świetnym w roli tytułowej), czy poznańską (z niezapomnianym Henrykiem Łukaszkiem).
Wszystko wyjaśniło się zaraz po zaczęciu przedstawienia w Parmie di Mallorca. Grand Tour od lat śledzący działalność teatrów operowych całego świata i mający nasłuch na wybitne występujące w nich głosy, wypatrzył tę realizację, różniącą się od wszystkich innych tym, że te jakże cudaczne perypetie komediowe rozgrywają się nie w XVIII wiecznej scenerii, a w czasach – powiedzmy – nam współczesnych.
Taki zabieg, bez jakiegokolwiek naruszania didaskaliów, sytuacji scenicznych, osobowości i profesji poszczególnych postaci, a nawet urody dwóch jedynych scen chóralnych, uczynił z tak zainscenizowanego Don Pasquale spektakl pełen lekkości, wdzięku i czytelności w śledzeniu tych jakże zabawnych perypetii.
Okazało się, że aby obejrzeć i posłuchać doskonałych protagonistów nie trzeba wcale jeździć do Metropolitan, La Scali czy Hamburga. W pełni rekompensowało światowe wrażenie mistrzostwo Pablo Ruiza w roli tytułowej, który śpiewał doskonałym barytonem mimo, że postać tego starego zrzędy i skąpca napisana została na głos basowy. W tym wydaniu Pasquale, to nie zdziwaczały starzec, a raczej podstarzały lowelas, co było również na swój sposób komiczne.
Bardzo podobał mi się Juan de Dios Mateos w roli Ernesta, ze swym perfekcyjnym lekkim tenorem lirycznym, oraz doktor Malatesta, z równie lirycznym barytonem. Jest nim urodzony w Serbii Milan Perisić, młody solista przed którym wieloletnia kariera, bo sprawny aktorsko, energiczny i wielce utalentowany.
Wprawdzie Veronica Granatiero jako Norina zebrała wiele zasłużonych braw, ale jak na interpretatorkę słynnego dzieła epoki bel canto dysponuje głosem ciut za małym, mimo to pięknym, technicznie bezbłędnym i sprawnym. Ale to z mej strony doprawdy grymas, w ramach oceny mistrzowskiego spektaklu. Dyrygował Roberto Rizzi – Brignoli, który zachował idealną proporcję między stroną wokalną i orkiestrową, przy czym akompaniował solistom na najwyższym poziomie sztuki bel canto.
Dla polskiego patrioty być na Majorce i nie odwiedzić Valldemossy to tak, jakby będąc w Częstochowie nie wstąpić na Jasną Górę. Do tej położonej wśród gór niegdysiejszej wioski, Georg Sand przywiozła Fryderyka Chopina w roku 1838 na zimowe wakacje, dla poprawy nadwątlonego zdrowia. Stało się odwrotnie. Trafili na fatalną pogodę, niechęć mieszkańców i coraz większe koszty leczenia. Zamieszkali w jednej z cel opuszczonego klasztoru Kartuzów, gdzie w skrajnie prymitywnych warunkach Chopin zdążył skomponować preludium deszczowe, poloneza C- mol i balladę F-dur, zwaną Majorkańską.
Do dziś turyści z całego świata tłumnie odwiedzają Valldemossę, oglądają liczne pamiątki po naszym Kompozytorze, wysłuchują koncertów chopinowskich, a wielu z nich ciągle jednak myśli, że mają do czynienia… z Francuzem.
Na szczęście przyjeżdża tam wielu Polaków, więc wśród wielojęzycznego gwaru często dominuje język polski. Tak było również, gdyśmy pod wodzą Grand Touru zawitali do Valldemossy.
Sławomir Pietras