Tak twierdził Arystoteles, choć nie miał okazji usłyszeć Siódmej Gustava Mahlera pod Łukaszem Borowiczem. Poznaniacy przyjechali z nią do Krakowa na II Festiwal Mahlerowski po zakończeniu w ten sposób swojego sezonu koncertowego w ubiegły piątek. VII Symfonia e-moll to pięcioaktowy dramat symfoniczny. Na skrajne składają się Allegro sonatowe oraz finałowe Rondo w tempie Allegra ordinaria.

Z kolei środkowe Scherzo okalają dwa ogniwa nokturnowej natury. Łukasz Borowicz nadał temu dramatowi wyjątkową zwartość. Nie przesadzając z dynamiką, nie ogłuszył słuchaczy, a co za tym idzie nie zmęczył nadmiarem dźwięku, który stępiłby uwagę i chłonność, tak że słuchało się wykonania cały czas z niesłabnącym napięciem. Nie tylko wszystko w orkiestrze należycie stroiło, ale odznaczało się znaczną urodą brzmieniową, będąc świetnie osadzonym w instrumentach, a więc ani przez moment nie sprawiało wrażenia zgiełkliwości, nawet przy zmasowanym tutti. Odpowiednie wyważenie proporcji między sekcjami instrumentów zapewniło wyrównaną gęstość i stopliwość brzmienia.
Wskutek tego, mimo poczwórnego składu drzewa (w przypadku fletów jako piąta dochodziła jeszcze pikulina) nie odczuwało się przytłoczenia dźwiękiem. Na tak zarysowanym tle jeszcze większe wrażenie wywierały wysuwające się od czasu do czasu na pierwszy plan sola skrzypcowe w wykonaniu Marcina Suszyckiego, koncertmistrza gości znad Warty. Główny marszowy temat otwierającego Allegra risoluto przy przetworzeniu podejmują drzewo i kontrabasy w złagodzonej postaci dzięki ciepłej barwie tych ostatnich.
Dają też znać o sobie odniesienia klezmerskiej natury. Wyszukana artykulacja cechuje pierwszą z dwóch części określonych jako musica notturna, a na którą składają się gra con legno czyli uderzanie o struny drzewcem smyczka i gitarowe pizzicato, wzbogacane o brzmienie dzwonów pasterskich i perkusyjnych rózeg.

Kapryśne Scherzo, którego temat niespokojnie krąży po kolejnych sekcjach instrumentów, na przykład altówek, nie mogąc się na dobre rozwinąć i rozpędzić. W drugiej musica notturna do głosu dochodzą rzadkie w orkiestrze symfonicznej gitara i mandolina, a jej migotliwą aurę dobarwiają ponadto sygnałowe, przyciszone odzywki waltorni. W finale znów pojawia się marszowy temat o orientalnym kolorycie, a zamyka accelerando skrzypiec w rozpędzonej kodzie. Satysfakcji dostarczał nie tylko kwintet smyczkowy ze szczególnie szlachetnym, pełnym brzmieniem wiolonczel i kontrabasów, ale i klarnety oraz trąbki.
Interpretacja poznańskich filharmoników pod batutą ich szefa artystycznego nosiła znamiona prawdziwej kreacji, która na długo pozostanie we wdzięcznej pamięci krakowskiej publiczności. Emocje związane z wykonaniem tego dzieła poprzedził XIX Koncert fortepianowy F-dur KV 459 Wolfganga Amadeusa Mozarta. Łukasz Borowicz w pierwszej części nadał brzmieniu orkiestry jakby echa niedawnego stylu galant, choć waltornie i fagoty zbyt twardym dźwiękiem wymykały się tej koncepcji.

Myślę poza tym, iż lepiej korespondowałby z nią historyczny instrument solowy, a więc pianoforte. W jednym z kupletów finałowego Ronda dyrygent czytelnie przeprowadził efektowne fugato. Touché francuskiej pianistki Lise de la Salle pozostawało w zgodzie z klasycystyczną estetyką i unikało zróznicowania kolorystycznego, skupiając się na wyrazistości pochodów dźwiękowych.

W kadencji pod koniec pierwszej części odwołała się jednak do kontrastów dynamicznych, a w jednym z epizodów ronda zastosowała allentamente, a więc ekspresyjne zwolnienie przebiegu muzycznego, jakby dla nabrania oddechu przed kolejnym powrotem motorycznego refrenu. Na bis artystka zagrała Sicilianę z II Sonaty fletowej Es-dur BWV 1031 Johanna Sebastiana Bacha, nie przypadkiem wybraną, gdyż prawdopodobnie Mozart inspirował się nią przy pisaniu pieśni Barbariny z Wesela Figara. Jej transkrypcję fortepianową wykonała zaś w intencji pokoju na świecie.
Lesław Czapliński