Paul Holdengräber – znany amerykański rozmówca i promotor kultury, były dyrektor programu publicznego New York Public Library, rozpoczął rozmowę z Christopherem, synem słynnego malarza Marka Rothko, od wysłuchania powolnej części Kwartetu smyczkowego nr 6, KV 465 C-dur, Dysonansowego.

Kiedy dobiegał już końca napięty, pełen nierozwiązanych harmonii, niemalże dysonansowy i jak na Mozarta dosyć eksperymentalny wstęp, zaś muzyka przeszła do typowego, klasycznego Allegro, padło pierwsze pytanie o rolę muzyki w życiu i twórczości artysty. Dowiedzieliśmy się, że to muzyczne tło było najważniejszym doświadczeniem atmosfery domowej zarejestrowanej przez małego Christophera. We wspomnieniach pojawia się także postać tytułowego bohatera opery Don Giovanni, jako być może punkt wyjścia do zrozumienia drogi twórczej malarza.
Wiele musiało być tej klasyki słuchanej z płyt, skoro 4, 5, 6 - letni chłopiec tak wyraźnie zapamiętał nie tylko ten niezwykły utwór Mozarta, ale także ojcowskie preferencje muzyczne, różnicę między podejściem do twórczości Beethovena, bardziej emocjonalnie udramatyzowanego, a nawet Wagnera, gdzie narracja rozwija się bardzo długo, gdy u Mozarta przebiegi melodyczne są jasne i szybkie.
Wybór początkowej sekwencji Kwartetu nr 6 Mozarta był o tyle ważny, że tutaj następowała emocjonalna przemiana, od skupionego, nieco przyciemnionego i niejasnego tła dźwiękowego, jakby dysonansowego, do niespodziewanej i pięknej jasności jaka bije z typowego, radosnego Mozartowskiego, wyraźnie konsonansowego początku klasycznej formy sonatowej. Może to trochę dziwne, że niemal jedna trzecia rozmowy, która dotyczyła książki Mark Rothko: Od środka, dotyczyła nie malarstwa a muzyki.

Zapewne to wynikało z faktu, że autor zapisków dotyczących twórczości artysty stracił ojca w wieku 6 lat, więc cała narracja dotycząca sztuki oparta była tyleż na intuicji, co na lekturze i opowieściach osób trzecich, w tym matki i sióstr. W każdym razie zdaniem Christophera Rothko muzyka i poezja były tym punktem wyjścia do zrozumienia malarstwa, które wcale łatwe w odbiorze nie jest. Na ścianie sali audytoryjnej Centrum Sztuki Nowczesnej w Warszawie wciąż oglądaliśmy slajd z autoportretem Marka Rothko namalowanym w stylu ekspresjonistycznym, ale dalekim od abstrakcji, która stała się ważnym i bardzo radykalnym wyróżnikiem tego artysty. Syn dosyć długo musiał tłumaczyć, jak to się stało, że właśnie on podjął się zadania tłumaczenia tej dosyć szalonej przemiany, jaka w twórczości ojca nastąpiła w końcu lat 40. ub. wieku.
Uznał, że upoważnia go do tej roli podobieństwo do ojca, jak powiedział – jego DNA i właśnie atmosfera, w której rozpoczął swoje świadome życie. Sam pisze o zadaniu wprowadzania do rozumienia sztuki współczesnej, jej odmianami medytacyjnymi, ale też przeczuciami dehumanizacji i kataklizmu: Perspektywy otwierające się na to, co nieuchwytne; odstręczające, bo wydaje się, że pokazują tak niewiele. Wywierające natychmiastowy wpływ, a jednak tchnące nieskończonością kolory. Głęboko nasycone powierzchnie, które pozostają eteryczne i kruche.

Odkąd pod koniec lat czterdziestych prace Marka Rothki zaczęły budzić zainteresowanie, zatrzymują odbiorców w pół kroku i skłaniają ich do zastanawiania się nad tym, co właściwie zobaczyli – i czy w ogóle coś zobaczyli – tak napisał autor we wstępie do książki, która nie jest wcale uczoną biografią artysty, raczej analizą odczuć własnych. W tej próbie połączenia odczuć wynikających ze słuchania muzyki, z emocjonalnym tworzeniem dzieła malarskiego trzeba było niekiedy rozebrać utwór na czynniki pierwsze, a więc z frazy muzycznej wypreparować poszczególne interwały i w ten sposób doszukiwać się punktów stycznych wyobraźni artysty muzyka i malarza. W czasie rozmowy o książce, którą wydało wydawnictwo słowo/obraz terytoria, w przekładzie Anny Moroz, mieliśmy okazję obejrzeć przykłady obrazów wcześniejszych, figuratywnych, mocno zdeformowanych w oddawaniu rzeczywistości i prowadzących aż do punktu przełomu, do krańca, gdy uproszczone kształty stają się po prostu figurami geometrycznymi, naładowanymi jednak emocją, pulsem, dramatem. Słynni nowatorzy sztuki malarskiej dochodzili do swej specyficznej formy na różne sposoby, np. Jackson Pollock gwałtownym gestem, gdy Marc Rothko wybrał mniej burzliwą medytację. Przy końcu rozmowy Paula Holdengräbera z Christopherem Rothko pojawiło się jeszcze jedno nazwisko muzyka, Johna Cage'a, artystycznego rewolucjonisty, który wprowadził przypadek do kompozycji. Nie mogło go zabraknąć, tak samo jak i wiersza polskiej Noblistki, którą upatrzył sobie w tłumaczeniu angielskim prowadzący rozmowę z synem malarza. Krótka myśl poetki Wisławy Szymborskiej zatytułowana Vermeer, oddaje w sposób maksymalnie prosty nie tylko znaczenie tamtego holenderskiego dzieła, ale także wielkiego, proroczego malarstwa w ogólności:
Dopóki ta kobieta z Rijksmuseum
w namalowanej ciszy i skupieniu
mleko z dzbanka do miski
dzień pod dniu przelewa,
nie zasługuje Świat
na koniec świata.
Joanna Tumiłowicz