Kapela Królewska, czyli orkiestra Opery w Kopenhadze, bardzo nielicznie da się podziwiać jako orkiestra symfoniczna, a nie tylko zespól towarzyszący występom operowym. W tej funkcji, jako orkiestra symfoniczna, Kapela jest zawsze podziwiana przez melomanów, bilety na koncerty są wyprzedane z rocznym wyprzedzeniem, a wiele osób dziedziczy miejsca na sali od swych rodziców.

Jako wydarzenie jednorazowe, nie transmitowane, ma w sobie coś z uroku „dawnych czasów”, sprzed digitalizacji. Repertuar jest zawsze starannie dobrany, usłyszeć można dzieła, których nie grywa się często. W tym roku zakończenie sezonu orkiestry (Kapela grywa 4-5 razy w roku) wabiło nie lada przysmakiem: Msza c-moll Mozarta z udziałem chóru i solistów.
Właściwie nikt nie oczekiwał niczego poza tym dziełem, tymczasem okazało się, że Mszę zaśpiewano dopiero po pauzie, a w pierwszej części zaserwowano publiczności coś, czego ona się zupełnie nie spodziewała: prawykonanie koncertu na puzon solo i orkiestrę duńskiej kompozytorki, Signe Lykke. Muszę przyznać, że nazwisko niewiele mi mówiło, co nie powinno dziwić, bo wielkie dzieła symfoniczne osoby młodej (Signe jest urodzona w 1990 roku) nie spotyka się w repertuarze abonamentowych koncertów.
Krótkie spojrzenie do programu uświadomiło mi, że o Signe powinnam była jednak coś wiedzieć, w roku obecnym otrzyma ona bowiem nagrodę honorową fundacji im. Carla Nielsena i Anne-Marii Carl-Nielsen wysokości miliona koron. Spieszę wiec donieść, ze Signe Lykke (nawiasem mówiąc „lykke” po duńsku znaczy „szczęście”) posiada dyplom kompozytorski dwóch uczelni: z Londynu i Texasu, dyplom wokalny z Kopenhagi i dyplom doktorski z klasy kompozycji w Aarhus, ma w swym dorobku zarówno operę, jak i dzieła kameralne, chóralne, oraz eksperymentalne z pogranicza muzyki poważnej i rockowej, jak i dzieła powstałe w ścisłej współpracy z twórcami instalacji świetlnych. Koncert na puzon, który usłyszeliśmy w pierwszej części koncertu Kapeli Królewskiej, miał być „dogłębnym badaniem fenomenu pamięci i perspektyw czasowych, zachodzących podczas wspominania przeszłości” (cytat z wypowiedzi kompozytorki). Utwór okazał się poruszać na granicy słyszalności, a „poruszanie” się było niewiarygodnym wręcz „slow motion”. Nigdy chyba nie widziałam 90 instrumentalistów orkiestry symfonicznej siedzących nieruchomo przez 25 minut i od czasu do czasu „wypowiadających się” za pomocą prawie niedosłyszalnych dźwięków. O jakimś „ciągu muzycznym” nie mogło być mowy. Solista, wybitny puzonista Jesper Busk Sørensen, członek Berliner Philharmoniker, finalista konkursu puzonowego w roku 2022, a od 2015 profesor kopenhaskiego Konserwatorium, delikatnie podmuchiwał w swój instrument, tylko od czasu do czasu wydobywając z niego jakiś dźwięk. „Nie klaskam dla protestu” – powiedziała z dezaprobatą nieznana mi kobieta, siedząca obok – ja też nie klaskałam.
Może nie z protestu, ale z zafascynowania fenomenem, jak wielkie trzeba mieć poczucie (nad)wartości siebie, żeby zająć swoim ego tak wiele czasu tak wielkiej ilości ludzi. Wydaje mi się, że fenomen ten należy rozumieć jako rewanż za wielowiekowe ignorowanie kobiet-kompozytorek. Inna dziedzina muzyki klasycznej, dotychczas zdominowana przez mężczyzn, jest rola dyrygenta. Ale i to też się – na szczęście – zmienia, czego przykładem była tego wieczoru Marie Jacquot, od 2024 główny dyrygent Kapeli Królewskiej. Ona również urodziła się w roku 1990, w Paryżu. Studia dyrygenckie (kiedy Jacquot miała już za sobą zarówno sukcesy na polu gry w tenisa, jak i studia gry na puzonie) ukończyła w roku 2014 i od tego czasu dyrygowała wieloma wyśmienitymi orkiestrami.

Oprócz Kopenhagi Marie Jacquot zatrudniona jest w Wiedniu, Düsseldorfie i Würzburgu. Marie Jacquot jest prawdziwą czarodziejką na podium. Stwarza wokół siebie atmosferę oddania muzyce, przyjaźni i ciepła, nawet kiedy dyryguje utworami pełnymi tragizmu. Jest szalenie lubiana przez orkiestrę, a nie jest to takie oczywiste, bo na przestrzeni lat konflikty między dyrygentami a Kapela nie należały do rzadkości. Symbioza dyrygenta i orkiestry doskonale widoczna była w Mszy Mozarta, dziele doskonałym, acz nieukończonym. Przy okazji Mszy c-moll musimy wspomnieć o trzeciej postaci kobiecej tego koncertowego wieczoru: Konstancji Mozart, bo dzieło powstało prawdopodobnie z jej powodu (poważna choroba Konstancji zima 1783 roku), a jego prawykonanie w 1784 roku w Salzburgu, pomyślane było przez Mozarta jako tryumf wokalny żony, tryumf, który miał zmienić negatywny stosunek Mozarta ojca do synowej. Msza c-moll słynie z wybitnie trudnych solowych partii sopranu i mezzosopranu. Króluje wśród nich słynne „Et incarnatus est”, część niedokończonego Credo. Tak więc kończący sezon koncert Kapeli Królewskiej był swego rodzaju tryumfem trzech kobiet: kompozytorki, dyrygentki i muzy (oraz wcielającej się w nią śpiewaczki, Dénise Beck.
Eva Maria Jensen