Przegląd nowości

Baśń śpiewana o prawdzie i uczciwości

Opublikowano: niedziela, 01, czerwiec 2025 09:09

Spektakl skróconej opery Mozarta pt. Prawdziwa historia Czarodziejskiego Fletu, skierowany został do zdecydowanie dziecięcej widowni. Sama idea wydaje się ze wszech miar słuszna, zwłaszcza, że libretto opery, w której występują piękna i dobra księżniczka, zła Królowa Nocy, okrutny Monostatos, bohaterski książę, szlachetny władca i zabawny łowca kolorowych ptaków, wydaje się pobudzać dziecięcą wyobraźnię. Nie zapominajmy jednak, że Czarodziejski flet jest arcydziełem muzycznym i nie tylko baśniowa fabuła, ale przede wszystkim poszczególne, genialne numery śpiewane świadczą o jego wielkości. Autorzy skróconej wersji nie chcieli więc pozbawić odbiorców możliwości posłuchania tych perełek, może nawet w odróżnieniu od twórców skróconej wersji Don Giovanniego.

 

Historia Czarodziejskiego fletu 1

 

W tamtym przedstawieniu w reżyserii Michała Znanieckiego ostała się właściwie tylko Serenada tytułowego bohatera, tutaj każda z baśniowych postaci decyzją reżysera Tomasza Mana i autorki scenariusza Kaliny Cyz, wypowiadała się wokalnie, do tego w języku niemieckim, prezentując swoje walory głosowe i kwalifikacje muzyczno-sceniczne. I dodatkowo doszło do paradoksu – do wysłuchania skróconego i uproszczonego Don Giovanniego zaproszono dzieci nieco starsze, nastolatków, a skróconą baśń z bogatszą reprezentacją numerów czysto muzycznych słuchały dzieci, które miały mniej niż 10 lat. To oczywiście był test na ile obie Mozartowskie propozycje zostały zaakceptowane i dotarły do słuchaczy. Generalnie jeden i drugi eksperyment zakończył się sukcesem, ale z pewnością można by jeszcze dzieciom to i owo uprzystępnić. Dwa fragmenty niezawodnie dotarły do najmłodszych, po pierwsze mormorando Papagena z kłódką w ustach, po drugie koronkowe flautety na wysokich dźwiękach sopranowych w Arii Królowej Nocy. Były  nawet dzieci, które po zakończeniu opery próbowały z pamięci powtórzyć te koloratury. W przypadku innych arii, mimo, że ich polskie tłumaczenie wyświetlano, można podejrzewać, iż nie przez wszystkich szybko zmieniające się teksty zostały odczytane. Aby zatem uprzystępnić skróconą wersję opery należało przed każdą arią zapowiedzieć po polsku, o czym śpiewają Pamina, Tamino, Królowa Nocy, Sarastro itd. zwłaszcza, że w recytatywach mówionych po polsku pojawiło się wiele dodatkowych zabawnych sformułowań dotyczących zachowań bohaterów. Warto jeszcze zwrócić uwagę, że wystawienie skróconej wersji opery powierzono studentom wydziału wokalno-aktorskiego Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina, a więc owe skróty nie mogły dotyczyć tego, co dla początkujących śpiewaków najważniejsze – arii w oryginalnym języku. To był dla nich ważny test, wręcz egzamin zawodowy, zwłaszcza, że na widowni zasiadł prorektor UMFC  prof. Robert Cieśla. W tej sytuacji nie można było, jak w Don Giovannim, pozbawić adeptów wokalistyki możliwości sprawdzenia swych umiejętności. Pod opieką dyrygenta Jerzego Wołosiuka, który pokierował specjalnie zebraną orkiestrą pod nazwą MOZOFEST, soliści mieli szansę wykorzystać wszystkie profesjonalne możliwości. 


Dobrze więc spisała się para idealnych kochanków Pamina i Tamino, Magdalena Łaszcz oraz ładnie brzmiący tenor Ernest Tymczyszyn. Z sukcesem aż dwie Arie Królowej Nocy wyśpiewała Konstancja Molewska, której można by tylko życzyć jeszcze pracy nad szlachetnością wokalu.

 

Historia Czarodziejskiego fletu 3

 

Bardzo dobrze aktorsko w partiach mówionych i bardzo przyzwoicie w śpiewie zapisał się utalentowany scenicznie Papageno Mateusz Kulczyński, a jego partnerce Papagenie też się udało, choć miała mniej przestrzeni do popisu. Monostatos w wykonaniu Yakuna Li bardziej zapisał się aktorsko i ruchowo, bo takie przed nim postawiono zadania.

 

Historia Czarodziejskiego fletu 2

 

Stawkę zamykał Sarastro, wysoki, postawny, bardzo dobrze i wyraźnie mówiący polski tekst, bas posiadający dobre walory głosowe, który powinien solidnie popracować nad emisją, bo były problemy z intonacją. Kompetencje Trzech Dam – Darii Sawczuk, Olgi Sobolewskiej i Anny Mieleckiej trudno oceniać osobno. Były dobrze przygotowane i właściwie trzymały w ryzach całą akcję, dodając poszczególnym scenom szczyptę humoru. Niewielka scena Warszawskiej Opery Kameralnej sprawia, że śpiewacy byli dobrze słyszalni, a to podstawowy warunek dotarcia do słuchaczy, z których wielu już po kilku minutach zaczynało się wiercić w fotelach. Gorące oklaski, a także drobne prezenty – wachlarze z logo Mozart Junior Festival, z pewnością przyczynią się do tego, iż wizyta tych konkretnie dzieci w operze nie była ostatnią.

                                                             Joanna Tumiłowicz