Jeszcze w uszach nie wybrzmiały akordy jego Ody do św. Cecylii na zakończenie Misteriów-Paschaliów, a już Capella Cracoviensis zaprezentowała 30 maja największe arcydzieło Henryego Purcella - operę Dydona i Eneasz. Nie oznacza to wcale, że krakowianie nie mieli wcześniej okazji zapoznania się z tym utworem. Po premierze 31 sierpnia 1980 roku pozostawała przez jakiś czas w repertuarze Opery Krakowskiej kierowanej przez Ewę Michnik, która zarazem prowadziła spektakle od pulpitu dyrygenckiego, a partia Belindy otworzyła Elżbiecie Szmytce drogę do światowej kariery (śladem jest płyta single z wybranymi urywkami). Aliści w okresie pierwszej Solidarności sformułowano zarzut, że krakowska publiczność nie oczekuje barokowych oper i posiada inne preferencje. Na marginesie trzeba odnotować, iż honor polskiej premiery należy jednak do Gdańska. Dzielo Purcella na tle włoskiej opery seria, również tej powstającej w Anglii nieco później za sprawą osiadłego w niej George'a Fridericka Haendla, wyróżnia się dramaturgiczną zwięzłością, z tym że odpis oryginalnej partytury, która nie przetrwała, pozostaje niekompletny.

Solowe numery na moment się wyodrębniają, a ważna rola przypada chórowi. Muzyczna retoryka zależy od postaci i sytuacji. Partie pary tytułowych protagonistów przeznaczone są na dramatyczny sopran oraz bohaterski tenor lub baryton i odpowiednio do tego opierają się na długich, płynnych frazach. Przykładem tego jest najsłynniejszy fragment opery - lament Dydony When I am laid in earth, którego dopełnieniem jest chór With drooping wings. Z kolei Belinda napisana została z myślą o lekkim, giętkiem sopranie, stąd zawiera charakterystyczne dla baroku melizmaty zdobiące linię melodyczną, a dochodzące najpełniej do głosu w jej arii Shake the cloud from off your brow oraz w duecie z drugą dwórką Grief increases by concealing. Postacie fantastyczne: Czarownica i Wiedźmy odznaczają się rownież charakterystycznością muzyczną przejawiającą się między innymi w efektach onomatopeicznych, co dotyczy przede wszystkim ich otoczenia - chór Ho, ho, ho!. Największe wrażenie wywarła na mnie Jolanta Kowalska-Pawlikowska jako Belinda, a w dalszej kolejności mezzosopranistka Justyna Rapacz, odtwórczyni Dydony, baryton Jakub Borgiel w partii Eneasza, a także tenor Szczepan Kosior, któremu przypadła w udziale epizodyczna, ale istotna pieśń Żeglarza. Było to wykonanie koncertowe z wyjątkiem rodzajowych scen z udziałem Czarodzieja, gdyż zdecydowano się na wersję z obsadzeniem śpiewaka, w tym przypadku basa Przemysława Józefa Bałki, ale występującego w damskim kostiumie. Raziła mnie pewna pretensjonalność w ujęciu, głównie w ujęciu aktorskim. Zgodnie z zapisem poprzestano na pojedynczej obsadzie smyczków z klawesynem, natomiast rozbudowany chór mimo to nie zakłócił proporcji brzmieniowych. Warto podkreślić, że chór, złożony z profesjonalistów i entuzjastów, przygotowany przez syryjskiego kompozytora i instrumentalistę Wassima Ibrahima, w pełni wywiązał się ze swych wymagających zadań, albowiem wiele ustępów posiada polifoniczny charakter. Wypełniona widownia dowiodła, że obecna publiczność krakowska zmieniła preferencje i zainteresowana jest obcowaniem z barokowymi operami.
Lesław Czapliński