To jest bardzo solidny, niemal wyczerpujący temat – spektakl biograficzny o Stanisławie Ignacym Witkiewiczu, ale z piosenkami. Scenariusz musicalu, któremu przewrotnie dano podtytuł wodewil, powstał w duecie małżeńskim – Karoliny Felberg-Pawłowskiej, badaczki literatury, eseistki i publicystki kulturalnej, oraz Romana Pawłowskiego-Felberg, dramaturga, kuratora teatralnego, wykładowcy Akademii Teatralnej w Warszawie. Pomysł, aby o niekonwencjonalnym artyście opowiadać poprzez kobiety, które go otaczały i dla których ten kontakt nierzadko był tragiczny, wydaje się trafny i oryginalny.
Na scenie mamy osiem śpiewających aktorek, a tylko jedna – Matka, w tej roli Anna Mierzwa, siedzi prawie nieruchomo, ale i tak jest w centrum uwagi. Pozostałych 7 aktorek cały czas tańczy demonstrując zgrabne nogi. Jest to więc spektakl bardzo dynamiczny, wizualnie atrakcyjny, mimo bardzo poważnej, nierzadko potwornie smutnej treści.
Dość powiedzieć, że już na początku głównym rekwizytem staje się trumna, w której powinno być ciało Witkacego, zaś przy końcu na scenę wjeżdża nagrobek Matki – Marii Witkiewiczowej, do której miano dołączyć prochy syna. Witkacy też jest na scenie i to w dwóch osobach. W postać tego ważniejszego wcielił się sam reżyser przedstawienia Cezi (Cezary) Studniak, któremu przychodzi zmierzyć się niemal ze wszystkimi problemami, tj. wojnami, podróżami, obsesjami i strachami, oraz ze wszystkimi kobietami.
Tym drugim, nazwijmy go dublerem, jest nonszalancki i ironiczny, w terminologii Witkacego „wylizany", Marcin Januszkiewicz, który świetnie posługuje się głosem, nawet wzorcowo śpiewa miękkim falsetem. Jemu przypada również rola narratora, a nawet spikera radiowego, który głosem pełnym napięcia kilka razy wygłasza dramatyczny komunikat „A więc wojna!". Na scenie jest jeszcze bardzo ważna osoba, grający na żywo pianista Grzegorz Rdzak, nie tylko swobodnie improwizujący, ale perfekcyjnie akompaniujący śpiewającym jego własne piosenki, grający nawet Mazurka Karola Szymanowskiego.
Grzegorz Rdzak jest po prostu kompozytorem muzyki do Wodewilu na krawędzi, bo taką długą nazwę nosi Witkacja. Jeśli opisać stronę muzyczną spektaklu, to jest ona dosyć różnorodna, choć nie zawsze przyjemna w odbiorze. Pomijając już ludową, śpiewaną na dwa głosy piosenkę o Krywaniu, część utworów stylizowana jest na popularny w latach 20. i 30. rytmiczny, jazzujący fokstrot, część jednak przybiera formę hip-hopową, z przeraźliwie mocnymi, dudniącymi basami, całkowicie zagłuszającymi śpiewane teksty piosenek.

A słowa mówią w sposób wierszowany o stosunkach męsko-damskich w wydaniu Witkacego i uzupełniają dosyć pogmatwane i podawane bez specjalnej chronologii wydarzenia z życia naszego artysty, który prócz legalnej żony Niny, miał też wianuszek kochanek, zaś każda z uczestniczących w przedstawieniu kobiet musi mieć swój solowy numer.
Tylko jedna z nich wykonuje w zasadzie wyłącznie tańce. To autorka choreografii, przybyła z Ukrainy Alisa Makarenko. Dla niej też przeznaczona jest mała rólka, gdy duch dawno nieżyjącego już Witkiewicza, podczas ceremonii sprowadzenia szczątków ze wsi Jeziory na Polesiu spotyka się z duchem młodej ukraińskiej dziewczyny, której kości omyłkowo przywieziono do Polski.

Alisa mówi łamaną polszczyzną, że pochodzi właśnie z owych Jeziorów w ten sposób tragiczna historia sprzed wielu lat zatacza koło, w przypadkowy i tajemniczy sposób łącząc losy dwojga osób z dwóch narodów.
Spektakl mający uświetnić 50-lecie działalności teatru RAMPA na warszawskim Targówku zamyka prezentacja kilkunastu reprodukcji mocno zdeformowanych twarzy z portretów i obrazów Witkacego, co dodatkowo uzasadnia sensowność stylizacji kostiumów, fryzur i sprzętów obecnych na scenie. Scenografię do przedstawienia stworzył Michał Hrisulidis, zaś ubiory zaprojektowała Barbara Sikorska-Bouffał. W większości nazwiska wymienionych artystów są związane z Wrocławiem, zaś wybór bohatera spektaklu wynika zapewne z 140 rocznicy urodzin Witkacego.
Joanna Tumiłowicz