To znakomity pomysł, aby spektakl z genialną muzyką W.A. Mozarta skrócić do 60 minut, dodać dialogi i recytatywy po polsku i zaprosić młodzież, której nawet końmi do opery by się nie zaciągnęło. Takie są wnioski po premierze Ostatniej serenady: Don Giovanni ukarany,w reżyserii Michała Znanieckiego w ramach Mozart Junior Festival.

Warszawska Opera Kameralna zaprosiła do swej niewielkiej sali teatralnej, która niegdyś służyła nawet za kostnicę (co z pewną satysfakcją wypowiedział ze sceny jeden z wykonawców) kilka klas z wyższych roczników podstawówki. Młodzież lubi mroczne tematy, a tu taki grobowo – cmentarny styl znalazła w spektaklu. Wszystko odbywało się w przygaszonym oświetleniu, co niestety nie zawsze służyło zrozumieniu perypetii głównych bohaterów widowiska.

Warto jednak powiedzieć, że ów skrócony i nieco fabularnie uproszczony występ został sprzężony z zajęciami warsztatowymi, które dla jeszcze młodszych widzów można zaproponować w ramach Festiwalu na Basenie Artystycznym. Tam odbywają się w godzinach porannych warsztaty dla dzieci złożone z czterech modułów: „Po pierwsze scena” co jest lekcją scenograficzną, „W garderobie” co jest lekcją kostiumograficzną, „Zabawa i zabawka w operze” jako lekcja do przedstawienia lalkowego, oraz „Warsztat Śpiewaka”, co być może potrafi zadać kłam przekonaniu, że porządnie śpiewać każdy może.
W przypadku przysposobionej dla młodszych/starszych widzów opery o wydźwięku nieco libertyńskim uznano, że trzeba na końcu tego oszusta, zabójcę i uwodziciela przykładnie ukarać. Wyrok jednak nie przychodzi z mocy prawa, ale z zaświatów, co w realnym życiu nie zawsze znajduje potwierdzenie.
Tak czy inaczej bezeceństwa erotyczne Don Giovanniego nie są w ogóle eksponowane w tej wersji opery, nacisk położno na jego bezwzględność wobec służącego oraz brutalność w kontaktach z innymi. Reżyser tak dobrał odpowiednie fragmenty muzyczne, aby nie męczyć słuchaczy długimi ariami i duetami, skupił się raczej na scenach zbiorowych i ansamblach. Z hitów tej opery pozostała tylko Serenada, słuchacze zostali natomiast pozbawieni Arii Leporella, Arii o winie, Duetu La ci darem la mano, Arii Donny Anny i Donny Elwiry, Arii Don Ottavia, Ariosa Zerliny.

W całości natomiast przechowało się końcowe spotkanie Ducha Komandora z Don Giovannim zakończone śmiercią tego ostatniego i moralizujący sekstet pozostałych postaci. Na pewno można by przedstawienie Don Giovanniego dla początkujących jeszcze nieco usprawnić. Bo gdyby nieco skrócić zagraną w całości Uwerturę, w której jest kilka repetycji, to można by uniknąć „sztukowania" przebiegających przez scenę osób poszukujących oszusta o imieniu Don Giovanni (po polsku Pana Janka).
Dla większej jasności perypetii bohatera tytułowego i jego sługi trzeba by bardziej skontrastować kolorystycznie ich kostiumy, które oni wzajemnie wymieniają, ale jeden i drugi jest czarny. Na tym tle zaskoczeniem jest jaskrawo czerwony mundur Komandora, a konkretnie dobrze śpiewającego Remigiusza Łukomskiego. Lepiej by było wymienić się z Don Giovannim – Łukaszem Klimczakiem. Leporello – Adam Zaremba też nie ma na sobie nic oryginalnego.
Panie występujące i śpiewające w spektaklu zgodnie z młodzieżową modą wystąpiły w czerni, gdyż w podanej treści wszystko odbywa się pod koniec ich życia. Tylko w czasie Uwertury kobiety przebiegające przez scenę miały kolorowe, tiulowe suknie. Ale dość już utyskiwania na kolorystykę wizualną.
Wszak za dekoracje, proste ale pomysłowe, odpowiadały dwa głośne nazwiska, Rafał Olbiński i Luigi Scoglio. Spektaklem sprawnie zadyrygował Jerzy Wołosiuk. Nikt z widzów nie opuścił sali w trakcie przedstawienia, a to świadczy o dobrym przyjęciu, a nawet dyrygent podnoszący orkiestrę do ukłonów po spektaklu pewnie nieco się zdziwił, że wstała cała widownia. Może to było wywołane nie tylko gestem, ale i aprobatą młodej publiczności. Należy też podkreślić fakt, że mimo wczesnej pory sala była wypełniona do ostatniego miejsca, co dobrze świadczyło o stronie organizacyjnej przedsięwzięcia.
Joanna Tumiłowicz