W pewnym sensie Gustav Mahler stworzył pełnowieczorowy dramat symfoniczny. Nawet, jak w Dziewiątej, ograniczonej do samej orkiestry, mający znamiona muzyki absolutnej, albowiem bez ustępów wokalnych, a co za tym idzie tekstu wnoszącego pierwiastek programowy. Dramat symfoniczny rozegrany środkami czysto muzycznymi.

Z potężnymi kulminacjami orkiestrowego tutti oraz ustępami o zdecydowanie kameralnej naturze. II Festiwal Mahlerowski w Filharmonii Krakowskiej zaczął się w niedzielę 18 maja od jego ostatniej ukończonej symfonii, uchodzącej za otwierającą nowe horyzonty twórcze, których nie dane było kompozytorowi kontynuować ze względu na śmierć. Skoro zaczęto od niej, José Miguel Pérez-Sierra, hiszpański kapelmistrz prowadzący jej wykonanie z krakowskimi filharmonikami, skupił się nie tyle na ukazaniu jej odmienności od pozostałych i nowatorstwie, lecz postanowił opowiedzieć o tym wszystkim, co ją poprzedziło i wydarzyło się wcześniej, a co można odnaleźć pod jej powierzchnią.

Mahler był prekursorem kolażowości w muzyce, choć wtedy tego tak nie nazywano. Tkankę jego symfonii inkrustują motywy zaczerpnięte z różnych kontekstów, niekiedy popularnych czy użytkowych jak motywy marszowe, klezmerskie oraz z repertuaru operetkowego. Podobne metody stosował w tym samym czasie Charles Ives, ale spóźniona recepcja jego utworów sprawiła, że austriacki kompozytor nie mógł się z nimi zapoznać, mimo że przebywał w Stanach Zjednoczonych.
Mieliśmy więc do czynienia z odczytaniem kładącym nacisk na zbieżności z wcześniejszymi dziełami kompozytora z tego gatunku, między innymi za sprawą wprowadzonych przez niego samego autocytatów.

Jak już wspomniałem w dramaturgii Mahlerowskich symfonii istotną rolę odgrywają potężne, zmasowane tutti, gęste brzmieniowo (potrójna lub poczwórna obsada drzewa i blachy), które wymagają odpowiedniej, głęboko osadzonej w instrumentach artykulacji oraz właściwego wyważenia dynamiki pomiędzy poszczególnymi ich grupami, aby uniknąć wrażenia hałaśliwości.

W "Dziewiątej" momentami słychać nawet jakby zapowiedzi przyszłych klasterów czyli bloków dźwiękowych. Ale to także ustępy o fakturze zgoła kameralnej, na przykład odcinek z grającym fletem na tle waltorni czy dwukrotne sola skrzypcowe w wykonaniu Joanny Konarzewskiej. Tym razem najkorzystniej zaprezentował się kwintet smyczkowy, w różnych natężeniach dynamicznych brzmiąc nasyconym dźwiękiem, zwłaszcza w skrajnych wolnych ogniwach. Na początku pierwszej części Andante comodo jego brzmienie koloryzowane jest dźwiękami waltorni z tłumikiem. Z kolei w trzeciej, oznaczonej jako Rondo - Burleske, to zapowiadający neoklasycyzm zamaszyście zarysowany ustęp w formie fugi. Na długo natomiast pozostanie w uszach powoli zamierające zakończenie jakby pogrążające się w niebycie...
Lesław Czapliński