Albo jak napisać operę mając za sobą trzy i pół wieku historii tego rodzaju artystycznego? Odpowiedzi na to pytanie dostarcza Słomkowy kapelusz (il Cappello di paglia di Firenze) Nino Roty (Morawsko-śląski Teatr Narodowy im. Antonína Dvořáka w Ostrawie), typowa włoska opera buffa w czterech aktach i z francuskim poczuciem humoru, albowiem literackim pierwowzorem była farsa Eugène'a Labiche'a, której komizmowi nie oparł się swego czasu nawet sam Andrzej Wajda.
Nino Rota nie odnotował wybitnych dokonań na gruncie muzyki absolutnej. Za to obdarzony był niezwykłym zmysłem ilustracyjnym i największe sukcesy odnosił jako autor muzyki do filmów m. in. Federica Felliniego, Luchina Viscontiego czy Francisa Freda Coppoli. Sprawdziło się to także w przypadku sceny i jego jedenastu oper, w tym dwóch pierwotnie radiowych, z których Słomkowy kapelusz jest piątą, do libretta ułożonego wspólnie z matką Ernestą. Prapremiera miała miejsce 21 kwietnia 1955 w Palermo.

Jest to typowa opera persyflażowa, a zatem prowadząca dialog z przeszłością. Przede wszystkim można się w niej dosłuchać nawiązań do Mozarta i Rossiniego. Do tego pierwszego już we wstępnych taktach uwertury, zrazu sprawiającej wrażenie jakby pochodziła z Wesela Figara, przy czym jej drugi temat przywodzi na myśl Marsz z Miłości do trzech pomarańczy Prokofiewa. To także właściwa dla wiedeńskiego klasyka lekka, przejrzysta faktura orkiestrowa. Kiedy indziej w osobie Teścia Pana Młodego dochodzą do głosu reminiscencje z Don Giovanniego, a jego rozdrażnienie potęgują niemiłosiernie cisnące go buty, które podstępnie zamieni z pewnym zazdrosnym mężem, wraz z nimi przekazując mu zły humor, co nie będzie bez wpływu na rozwój intrygi.
Jak przystało na Włocha nie mogło zabraknąć odniesień do rodzimej tradycji muzycznej. A więc na początku ostatniego aktu, niczym u Rossiniego, pojawia się temporale czyli muzyczne odmalowanie nawałnicy, a w finale trzeciego wykorzystanie charakterystycznego dla tamtego parlanda i sposobu w jakim kolejne głosy dołączają do siebie w kanonie. Ponadto całą partyturę przenika duch Offenbacha, skoro akcja dotyczy życia paryskiego, a zakończenie wybrzmiewa lirycznie bez hucznej kody.
Wykonawcami partii Fadinarda czyli wspomnianego pana młodego byli Eduardo Giménez w brukselskiej la Monnaie, Juan Diego Flórez w mediolańskiej La Scali i ostatnio Piotr Buszewski w Grazu. W Ostrawie trudno było się z nimi mierzyć Martinowi Šrejmie, zwłaszcza że niekiedy dawały znać o sobie niedostatki emisyjnej natury. Za to lekki sopran koloraturowy Lady Bočkovej w pełni odpowiadał potrzebom partii panny młodej Eleny. Techniczna swoboda pozwoliła na udane kreślenie ozdobnych ornamentów.

Z satysfakcją słuchało się i oglądało Alžbĕtę Vomáčkovą w roli niefortunnej Baronowej de Champigny. To głos kontraltowy, bez trudu koloryzujący śpiew dyskretnymi wokalizami. Baryton Jiři Hájek z powodzeniem wcielił się w Beaupertuisa, wspomnianego nie bez powodu zazdrosnego męża. Pojawia się on dopiero na początku trzeciego aktu, ale od razu ma do odśpiewania rozbudowaną klasyczną arię o pieśniowej budowie ABA, której wyzwaniom w pełni podołał, wywierając korzystne wrażenie. Zarazem postaci towarzyszy ostinatowy motyw, kojarzący się z kolei z Szostakowiczem. Charakterystycznemu Teściowi głosu i postaci użyczył Miloš Horák, zgodnie z emploi dysponujący typowym basem buffo, przydającym tej osobie grozy pomieszanej z groteską, skoro jesteśmy w świecie farsy.
Stojący za dyrygenckim pulpitem Jiři Habart zadbał o odpowiednie brzmienie orkiestry dopowiadającej wymowę sytuacji ponad to, co zostało bezpośrednio unaocznione na scenie przez śpiewaków i chór. Akcja ogniskuje się wokół perypetii wynikających ze zniszczenia przez konia Fadinarda kapelusza damy przebywającej w Lasku Vincennes na schadzce z wojskowym, który w celu uniknięcia kompromitacji wymusza zdobycie nowego, co okazuje się niełatwym zadaniem.
Zwłaszcza że podczas poszukiwań bohaterowi depce po piętach orszak weselny z Panną Młodą, jej ojcem i gośćmi, co staje się powodem licznych nieporozumień i zabawnych perypetii, a rozwiązanie, jak się okaże, od początku znajdowało się w zasięgu ręki. Inscenizacja Jiřiego Nekvasila pozostaje uroczo staroświecka, w kostiumach z epoki (Zuzana Bambušek-Krejzková), ale, jak to u Czechów bywa, precyzyjnie wyreżyserowana. Zadania sceniczne są dokładnie wyznaczone i ściśle zsynchronizowane z partyturą, tak że śpiewacy nie czują się bezradnymi i pozostawionymi sobie samym.
A publiczność czerpie satysfakcję nie tylko z samej muzyki, ale świetnie bawi się sytuacyjnym komizmem, wspartym przez udział dwóch akrobatów oraz mima. Akcja wychodzi przy tym ze scenicznego pudła w stronę widowni za sprawą podestu okalającego orkiestron, po którym, niebezpiecznie balansując na jego krawędzi, poruszają się artyści. Była to czeska premiera tego dzieła. Na osobne słowa uznania zasługuje świetnie zredagowany program, oprócz wyczerpujących danych o autorze, dziele i wykonawcach, zawierający pełne tłumaczenie libretta, co w Polsce pozostaje rzadką praktyką, z którą zetknąłem się w Teatrze Wielkim w Poznaniu.
Lesław Czapliński