Fabuła opery, a raczej operetki wybitnego polskiego pianisty i pedagoga, parającego się także kompozycją, wydaje się z pozoru wodewilową błahostką. Piękną i bogatą damę niepokoi upływ czasu i perspektywa uchodzącej młodości, czego świadectwem mogą być pojawiające się zmarszczki.
A tu sprytna służąca zawiadamia, że już znalazła pierwszą z nich i trzeba szybko zakrzątnąć się wokół zamążpójścia, aby nikomu nie przyszło do głowy powiedzieć o niej – stara. Reżyser Włodzimierz Nurkowski dodatkowo pogmatwał sprawę, bo na hasło „pierwsza zmarszczka” dama zaczyna jej szukać, na twarzy, na dekolcie, nawet na biodrach w okolicach pośladków. Śmiechu jest co niemiara. Inscenizacja jest nieco oniryczna, ktoś powiedział nawet, że przedstawienie w duchu estetyki Federico Felliniego bawi się konwencją i ukazuje społeczne maski oraz pozory.
Pojawia się nawet czarna, w długiej szacie z kapturem, alegoryczna, bezimienna postać, którą możemy nazwać „starość”, a może nawet „śmierć”, ale ważniejsze są inne figury, poprzebierane w wymyślne kostiumy, bo rzecz dzieje się podczas karnawałowego balu maskowego.
To trzej zalotnicy Markizy. Trzeba wybrać właściwego, który zapewni miłość i ...młodość. Służąca podpowiada sprytnie jednemu, co ma powiedzieć w odpowiedniej chwili. Że żadnej zmarszczki nie ma. Ot i cała intryga. Dodajmy, że libretto tej śpiewogry z licznymi mówionymi dialogami powstało w oryginale w języku niemieckim. Całkiem znośną polską wersję, odpowiadającą także prozodii naszego języka śpiewanego, przygotowała Dorota Sawka. Motywem przewodnim spektaklu jest ciągłe rozbieranie i obnażanie się. Nie do rosołu, ale przewiewnych bieliźnianych dessous.
To może niektórych zgorszyć, więc w informacjach o Pierwszej zmarszczce napisano, że rzecz jest zalecana od lat 18, zwłaszcza, że są jeszcze jakby sugestie gry wstępnej, by nie powiedzieć, kopulacji. Ale wszystko zrobiono gustownie, stylowo, niejako secesyjnie, z licznymi falbankami i koronkami. Bale karnawałowe Markizy pełne są wachlarzy z łabędzich piór, garderób z dziesiątkami sukien, ciągłego tańca z wieloma figurami, co zapewnia zespół baletowy Opery Krakowskiej ułożony przez Violettę Suską.
I tu trzeba powiedzieć o najważniejszym – spektakl jest wynikiem porozumienia między Operą, Akademią Muzyczną im. Krzysztofa Pendereckiego w Krakowie oraz Akademią Sztuk Pięknym im. Jana Matejki też w Krakowie. A zatem w owej śpiewogrze występują studenci z klas śpiewu, zaś pomocnicze role asystentów reżysera, scenografa i kostiumologa, w tym wypadku znakomitej Anny Sekuły, spełniają także studenci.
Dekoracje, technicznie proste i bardzo skromne nabierały niezwykłych rumieńców dzięki multimedialnym animacjom wideo. Dodatkowo do orkiestry przyjęto do tego spektaklu kilku studentów wydziału instrumentalnego Akademii. Uznano zgodnie, że taka praktyka przy realizacji trudnego i skomplikowanego przedstawienia, choćby tylko z powodu łączenia w każdej roli śpiewu, mówienia scenicznego, ruchu i tańca, jest najlepszym sposobem przygotowania do zawodu.

Muzyczne kierownictwo Pierwszej zmarszczki objął Joachim Kołpanowicz, zatrudniony w operze jako korepetytor solistów z dyplomem dyrygenta. Całość jest zatem sprawdzianem możliwości twórczych sporej grupy ludzi, bo również niektóre role solowe objęli chórzyści Opery Krakowskiej. A teraz o samej muzyce. Już solidna, dosyć długa uwertura wprowadza nas w świat XIX wiecznego dajmy na to Wiednia, bo tam wiele lat spędził twórca dzieła Teodor Leszetycki, który wykształcił dziesiątki znakomitych artystów.
Ignacy Jan Paderewski wystawił swemu mistrzowi taką laurkę: „Nie znałem i do dziś dnia nie znam nikogo, kto by mu dorównał. Nikt absolutnie nie może się z nim porównywać. Jako pedagog – olbrzym, wobec którego wszyscy inni są tylko karłami”. A jako kompozytor Leszetycki nie jest wcale gorszy od Lehára czy Kálmána. Melodie są piękne i potoczyste, ale partie wokalne wymagają niekiedy mistrzostwa wokalnego.

Dobrze sobie radziły ze skokami w wysokie rejestry Markiza – Milena Sołtys-Walosik oraz jej służąca Julietta – Edyta Pałucka. Ta ostatnia miała dodatkowo niezwykłą umiejętność sceniczną przykuwania uwagi swymi aktorskimi środkami wyrazu. Panowie Vicomte, Firmin i Monsieur Pupitre robili co mogli, by nie wypaść gorzej na tle pań.

Jeden z adoratorów Markizy pochodził z baletu i nie musiał śpiewać ani mówić, co wobec zaniku sztuki operetkowej staje się coraz bardziej poszukiwaną specjalnością. Na szczęście mamy dziś elektroniczne środki wspomagania, choć to krytykują puryści operowi. Oby Pierwsza zmarszczka przetrwała w repertuarze Opery Krakowskiej jak najdłużej i by jak najwięcej adeptów z uczelni artystycznych mogło się przez ten spektakl przewinąć, bo inaczej na ciele zespołu zaczną się coraz częściej pojawiać różne „zmarszczki”, których kremami i liftingiem nie da się łatwo usunąć.
Joanna Tumiłowicz