Można dopasowywać dzieje bohaterów tej opery La clemenza di Tito, czyli Łaskawość Tytusa, do naszej rzeczywistości. Bardzo by się nam przydał polityk, który jak rzymski cesarz Tytus nie jest żądny wyłącznie krwawej zemsty, albo choćby jatki dla zaspokojenia najniższych wymagań gawiedzi, lecz potrafi się przyznać do własnych błędów i postąpić zgodnie z cywilizowaną etyką.
Czy Mozart też miał takie poglądy, trudno odpowiedzieć bez wahania. Jedno jest pewne, że historię wziętą z Metastasia obudował piękną, cudownie klasyczną muzyką, którą potrafił nam przekazać w nieskażonej formie australijski dyrygent Benjamin Bayl. Muzycznie słucha się tego z wielką przyjemnością, ale co zrobić z dramaturgią utworu scenicznego, który odpowiada klasycznym schematom i ówczesnej zdolności percepcyjnej. I tu przydała się ręka reżyserki, która nie jedno już przedstawienie widziała i w niejednym publicznym koncercie sama występowała.
Anna Sroka-Hryń wyjaśniła, iż – „La Clemenza di Tito w mojej interpretacji to pogłębiona na poziomie psychologicznym i metafizycznym opowieść o Człowieku, o jego skomplikowanej, delikatnej naturze. Tito jawi się nie tylko jako Cesarz, ale jako człowiek, człowiek omylny, z krytycznym wglądem w siebie”, ale zarazem pozwoliła swojej scenicznej wyobraźni dopasować różne statyczne sceny do wymogów dzisiejszego widza i słuchacza.

Jeśli np. jeden z bohaterów „migdali się” do atrakcyjnej kobiety, to czemu nie wprowadzić do tego epizodu jeszcze jednego mężczyzny, który w niemal tanecznej scenie wplata się w miłosny duet. To zapewne efekt współpracy choreografki Pauliny Andrzejewskiej-Damięckiej z reżyserką Anną Sroką-Hryń. Udało się też jej ożywić statyczne dywagacje i przemyślenia innego solisty np. zawijaniem rękawów i zdejmowaniem butów oraz skarpetek.

Te na pozór nie mające wiele wspólnego z muzyczną akcją zadania aktorskie wprowadzają dodatkowy aspekt wizualny. Tego typu działań mamy na scenie wiele i niestety niekiedy, jak pojedynek bokserski ogromnego i zwalistego Tytusa w osobie niemieckiego tenora Uwe Stickerta, z filigranową mezzosopranistką z Bułgarii Adanyą Dunn, wygląda groteskowo i komicznie, tym bardziej, że owa śpiewaczka gra „rolę spodenkową” zamachowca czy terrorysty. O wiele lepiej przez naturę wyposażona w ciało jest tutaj Włoszka Serena Farnocchia i patrząc oczami reżysera to ona powinna się zamienić rolami z Adanyą, ale specyfika głosów (sopran i mezzosopran) na to nie pozwoliła.
Przykro też byłoby pozbawić Serenę wspaniałej, wręcz genialnej arii Vitelli z towarzyszeniem solowych klarnetów. Śpiewała ją cudownie. Cóż, muzyka wymaga kompromisów. Do trochę pechowych decyzji zmusiła nasza wiosenna aura znakomitego basa Artura Jandę, któremu jakaś „zaraza na strunach” odebrała połowę tonów. A deficyt głosu pojawił się nagle i nie udało się ściągnąć zamiennika dla roli Publiusza Mariusza Godlewskiego.

Ładnie natomiast wypadli głosowo i aktorsko bohaterowie „drugiego planu”, kontratenor Jan Jakub Monowid oraz sopranistka Magdalena Stefaniak. Wreszcie na ogromny plus reżyserskiego myślenia o postaciach tego kończącego się happy endem dramatu zaliczyć trzeba całkiem wymyśloną postać młodego Tytusa, dzieciaka z ambicjami i gorącym sercem, którego pięknie odtworzył uczeń szkoły baletowej Stanislau Sinichenka urodzony na Białorusi. Ta rola taneczno-pantomimiczna dodała rumieńców całej historii.

W inscenizacji inaugurującej Festiwal Mozartowski Warszawskiej Opery Kameralnej nie da się nie zauważyć prościutkiej, ale w pełni wyrazistej klockowej scenografii Grzegorza Policińskiego oraz znakomitej stylizacji kostiumów, pięknie też uszytych przez pracownie WOK, zaprojektowanych przez Sabinę Czupryńską. To dzięki nim spektakl mniej znanej opery Wolfganga Amadeusza Mozarta stał się wydarzeniem kulturalnym stolicy, imponującym artystyczną wyobraźnią i kreatywnością. Godna pochwały jest też obsada śpiewaków, w której zagranica pokazuje też swoje niezaprzeczalne walory.
Joanna Tumiłowicz