Przegląd nowości

Dzieje jednej miłości albo Sprzedaż wiązana

Opublikowano: piątek, 09, maj 2025 21:19

Do pewnego stopnia przedstawienie Wojciecha Rodaka na motywach powieści Stefana Żeromskiego Dzieje grzechu (scen. Iga Gancarczyk) stanowi sceniczną dekonstrukcję nie tylko jej samej, ale i funkcjonowania tego utworu w szerszym kontekście kultury nie tylko literackiej, ale filmowej i obyczajowej (Teatr Stary im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie). Mniej więcej do przerwy mamy do czynienia z dość wiernym, jakby to ujął prof. Jerzy Goliński, "referowaniem" fabuły.

 

Dzieje grzechu 1

 

Oczywiście, jak przystało na współczesny teatr, demaskujący sceniczną iluzję. A to za sprawą powtórzeń, a to przyjmowania przez bohaterkę perspektywy narracyjnej. Przede wszystkim jednak swoistego montażu aktorskich wyrazów w formie przybierania sztucznych, a zarazem malowniczych póz przez Karolinę Staniec, pierwszą odtwórczynię Ewy Pobratyńskiej, oraz jej pierwszego kochanka Łukasza Niepołomskiego (Szymon Czacki), a w dalszym ciągu charakterystycznej gry oczyma i brwiami w przypadku hrabiego Szczerbica, którego odtwórca Stanisław Linowski nie wyzbędzie się tej maniery nawet po wyjściu z roli, przy ukłonach. 


Ten rodzaj afektacji uznać można za sceniczny odpowiednik młodopolskiego języka pisarza, stanowiącego najbardziej anachroniczny komponent jego twórczości. Zarazem przytoczone parodystyczne gagi osiągną apogeum w sensacyjnej natury finale, który przybierze formę slapstickowej strzelaniny kładącej wszystkich trupami. To także kostiumy Marty Szypulskiej eksponujące to, co było w czasach akcji literackiego pierwowzoru ukryte pod strojami i określane z francuska jako ineksprymable.

 

Dzieje grzechu 2

 

A więc krynolinowe stelaże sukien czy fiszbinowe biustonosze zamiast nich samych w przypadku pań i gorsety w odniesieniu do panów. Jeszcze dalej idącym zabiegiem jest rozbicie bohaterki Ewy Pobratyńskiej na trzy wcielenia biblijnej kusicielki przeistaczającej się w femme fatale pokroju Damy kameliowej, Nany i Lulu, o czym wspomima jej druga wykonawczyni Magdalena Grąziowska, choć w filmie bywa to częstą praktyką dla ukazania postaci w różnych okresach jej życia.

 

Dzieje grzechu 3

 

I tak dochodzimy do pojawienia się przed przerwą motywu ekranizacji powieści dokonanej przez Waleriana Borowczyka, z tej okazji powracającego po latach do kraju, a opromienionego sławą autora skandalicznej Bestii, ożywającej w głębi za sprawą Dariusza Przestrzelskiego, co antycypuje bieg wydarzeń, skoro w dalszym ciągu przemieni się w postać Pochronia, złego ducha Ewy, bez reszty ją sobie podporządkowującego. Po przerwie z wywiadu z Dorotą Długołecką, odtwórczynią głównej roli we wspomnianej adaptacji, dowiemy się o przemocowych relacjach panujących paralelnie na planie filmowym. 


W ten sposób dochodzi do głosu przedmiotowe traktowanie i wykorzystywanie zarówno fikcyjnej postaci przez mężczyzn z jej otoczenia, jak i rzeczywistej osoby ją grającej ze strony reżysera i reszty ekipy. Może zatem należało zająć się dodatkowo wątkiem autotematycznym i zogniskować go wokół osoby Stefana Żeromskiego i okoliczności towarzyszących powstaniu powieści, skoro mamy do czynienia ze swoistą sprzedażą wiązaną fabuły i jej dalszych losów artystycznych.

 

Dzieje grzechu 4

 

Byłoby to jeszcze bardziej interesujące, gdyby te wątki posiadały organiczne połączenie, tworząc system zwierciadeł wzajemnie odbijających i przeglądających się w sobie. Na przykład poprzez bezpośrednie unaocznienie sceniczne skonfrontowane z materiałem filmowym, znajdującym w ten sposób uzasadnienie dla zaistnienia w przestrzeni teatralnej.

 

Dzieje grzechu 5

 

Skądinąd odnotować należy powściągliwe jak na dzisiejsze standardy wykorzystanie projekcji Martyny Miller, za pomocą których metonimicznie przywołane zostaje pierwsze zbliżenie pomiędzy Ewą i Łukaszem oraz zabójstwo Szczerbica w trakcie seksualnego aktu. W pewnym momencie odsłania się zasłona w oknie wychodzącym na ulicę Jagiellońską, ale nie dochodzi do jakichś interakcji ze światem zewnętrznym. Niewątpliwą słabością przedstawienia jest to, że stara się jednocześnie zawrzeć zbyt wiele przekazów, które niekiedy wydają się dość przypadkowe i mechanicznie dołączone.

                                                                   Lesław Czapliński