Z wanny akcja wychodzi (na początku spektaklu przebywa w niej kilkuletni jeszcze nie Freddie, lecz Farrokh Bulsar) i do niej powraca w scenie śmierci słynnego już na cały świat Mercury'ego. Ponad miarę rozciągniętej, zapewne celowo, aby dać widzom możliwość odczucia fizjologii umierania w jego wielu przejawach. Królowa to kolejny portret sceniczny muzyka prezentowany przez Teatr Nowy w Krakowie.
Tym razem poświęcony Freddiemu Mercury'emu, liderowi rockowego zespołu Queen (stąd tytuł), pochodzącemu z Parsów, a więc Persów, którzy na indyjskim wychodźstwie wytrwali przy swej autochtonicznej wierze (do nich należy również słynny dyrygent Zubin Mehta). Jest to biografia dźwiękami i ruchem pisana, w której znaczną część zajmują przeboje Mercuryego i zespołu Queen, w tym słynna Bohemian Rapsody, znajdujące odzwierciedlenie w towarzyszących im układach tanecznych. Akcja rozgrywa się chronologicznie, a jego wizerunek na różnych etapach życia współtworzy aż trzech wykonawców: Maks Stępień, Adam Zuber i Arti Grabowski.
Pozostali aktorzy przechodzą z jednej roli do innej, niekiedy przeciwstawnej i kontrastowej wobec poprzedniej. A więc Michał Felek-Felczak jako Bomi, ojciec Freddiego, przypominający nieco Groucho spośród braci Marx, ulubieńców syna, przeistacza się następnie w muzycznego producenta Petera Freestone'a i wreszcie jego ostatniego, wiernego kochanka Jima Huttona, do końca trwającego przy nim. Martyna Krzysztofik jest kolejno jego matką Jer, niedoszłą żoną Mary Austin i Barbarą Valentin, aktorką niemieckiego filmowca Fassbindera.

Jako Elton Jones wystąpił Piotr Sieklucki, zarazem pomysłodawca i reżyser spektaklu, tworząc ogniskującą na sobie uwagę, błyskotliwie rozegraną sekwencję wydarzeń. Dwukrotnie pada hasło „dziś są twoje urodziny“. Za pierwszym razem, gdy Mercury jest w pełni sił twórczych i witalnych, dając początek wolnym od wszelkich zahamowań bachanaliom. Dzieje się to bowiem w radosnych czasach nieskrępowanego wyzwolenia obyczajowego lat 60. i 70., zanim jeszcze zaciążył cień śmiertelnej choroby.

Niczym Fellini niekiedy poszukujący do swych filmów postaci jakby żywcem przeniesionych z jakiegoś panopticum, tak i w tym przedstawieniu pojawiają się takowe, umownie i z humorem określone jako „degeneraci“, a nawet występuje cytat ze Słodkiego życia włoskiego reżysera, gdy Grzegorza Turowicza-Witka, odtwórcę jednego z nich, dosiada wspomniana aktorka Valentin.
Drugi raz to Jim przypomina o tym w tragicznym już okresie szerzenia się epidemii AIDS, która nie ominęła również muzycznego idola. Wcześniej żywił on prawdziwie chorobliwą obsesję na punkcie zakażenia się HIV, co ze względu na tryb życia i tak nie uchroniło go od tego. Do pewnego stopnia rockowego gwiazdora uznać można za ucieleśnienie kiczu, choć ponowoczesna estetyka znajdzie dla jego fenomenu usprawiedliwienie w synkretyzmie środków wyrazu, jakimi się posługiwał.
Synkretyzmem odznacza się również samo przedstawienie, które nie posiada jednorodnego charakteru, skoro w jego obręb wpleciona zostaje pogadanka doktora Atkinsona o etiologii wirusa wywołującego zespół nabytego braku odporności. W dniu spektaklu wróciłem z premiery baletowego Tryptyku morskiego w Łodzi i znowu trafiłem na widowisko, w którym istotną rolę odgrywa czynnik choreograficzny autorstwa Karola Miękini.

Tam przeważał dance moderne, tu bardziej klasyczne ujęcie za sprawą Maksa Stępnia, odtwórcy młodocianego Farrokha. W zakończeniu tenże powraca tam, skąd wyszedł, a więc do wspomnianej wanny i przytula się do swojego uosobienia z końca życia. Z głośnika pojawia się krytyczny komentarz przywołujący historię polskiego nastolatka zaszczutego z powodu swej seksualnej orientacji, co do pewnego stopnia niweczy końcowy efekt zbyt publicystycznym akcentem.
Lesław Czapliński