Choć Richard Strauss był Niemcem, ale ojczyste miasto gatunku operowego, jakim była niegdyś Florencja (i również Wenecja) nie mogło pominąć na swym festiwalu Maggio Musicale Fiorentino takiego arcydzieła jak Salome. Sama inscenizacja Emmy Dante – pytano w grupie miłośników opery przybyłej z biurem Grand Tour, czy to z „tych" Dante, którzy mają swój grób w Bazylice Santa Croce pochodzi owa reżyserka filmowa, scenarzystka i głośna włoska dramaturżka – zawarła w tej oprawie scenicznej motywy śródziemnomorskie, bo w końcu rzecz dzieje się w Judei.

Czyli jesteśmy na miejscu i ów krwawy dramat namiętności, gdzie pożądanie zmienia się w miłość, a nienawiść w śmierć, właśnie tutaj znalazł właściwy wymiar. Głównym elementem sceny jest wielka kamienna głowa z otwartymi ustami znana ze starożytnych rzymskich wizerunków, której przypisano rolę wrót do więzienia, gdzie przetrzymuje się lokalnych przestępców, a więc nierządnice i niepoprawnego proroka Johanaana. To o niego, który swoje wieszcze wersety wypowiada w celi tak głośno, że docierają do uszu wszystkich, nie tylko szefa strażników Narrabotha, ale całej rodziny rzymskiego namiestnika Heroda.
Dumny Tetrarcha, który mieszka z Herodiadą, byłą żoną swojego brata, którego zabił, nie jest jednak centralną postacią dramatu. Johanaan krytykował „prowadzenie się" Heroda, ale to nieletnią córkę Herodiady ogarnia niepowstrzymana fascynacja wykrzykującym swoje krytyki więźniem. Salome, która nieprzypadkowo wpadła w oko Narrabothowi, ten więzień szczególnie się podoba, bardziej niż kapitan straży pałacowej.
A tu szykują się urodziny ojczyma. W ramach prezentu piękna księżniczka zgadza się zatańczyć coś sexy, ale nie za darmo. Resztę legendy znamy, a przedstawienie ją tylko w sposób aluzyjno-artystyczny ilustruje. Strażnicy wystylizowani zostali na figurki z jakiejś katarynki lub gry komputerowej, ale więzień, putany oraz Salome z rodzicami to żywe, a nie sztucznie animowane osoby. Zwłaszcza księżniczka, piękna, zgrabna, pełna wigoru, swymi wdziękami przekonuje straże, by pokazali jej więźnia, ale ten ostatni jakoś nieczuły jest na ponęty dziewczyny.
Dwie znakomite role aktorskie, Rosjanki Lidii Fridman i Amerykanina Briana Mulligana przekładają się także na świetne partie wokalne. 29-letni mocny mezzosopran wyszkolony w Italii swoje płciowe emocje prezentuje zarówno niskimi, jak i wysokimi tonami. Z kolei świetny baryton, który już w 2003 roku debiutował w Metropolitan Opera, zdecydowanymi frazami wypowiada swoje zaklęcia i w konsekwencji przeklina całą rodzinę Heroda. Zapowiada też przyjście Najwyższego.

Kluczową sceną opery jest Taniec Siedmiu Zasłon znakomicie zaaranżowany nie tylko przez ruchy tytułowej księżniczki, ale towarzyszący jej zespół 6 „uskrzydlonych" bachantek. Dzieło choreografki Silvii Giuffrè i kostiumolożki Vanessy Sannino zdecydowanie zapada w pamięć. Zwolniono z wykonywania długiego tańca i całkowitego obnażania się młodą solistkę, która później jeszcze ma sporo do śpiewania. Większość tanecznego wysiłku biorą na siebie członkinie baletu, a całość kończy orgia. Akcja wymaga jeszcze ucięcia głowy Johanaanowi, wymuszonej na ojczymie przez księżniczkę. Wcześniej owa czaszka, jeszcze przyczepiona do tułowia pomysłowo jest utrzymywana w ryzach przez strażników ciągnących proroka za długie warkocze-dredy.
Po dekapitacji trafia w ręce Salome dziwnie pomniejszona i tu daje o sobie znać szkolny błąd scenografa Carmine Maringola, stałego partnera reżyserki. Za mała głowa Johanaana skłania nawet wykonawców do rzucania nią, jak piłką ,podczas końcowych oklasków. W zabawie biorą jeszcze udział Herod – nieźle dysponowany Nikolai Schukoff, Herodiada, jedyna Włoszka w tej obsadzie Anna Maria Chiuri, oraz jej pomocnik i paź Marvic Monreal, oraz kapitan straży Narraboth Eric Fennell, niemiecki Amerykanin – głosowo bledszy.

Całością, solistami i bardzo sprawnie grającą orkiestrą del Maggio Musicale Fiorentino, dyryguje Alexander Soddy, Brytyjczyk, może zbyt bezkrytyczny dla orkiestrowego forte. Bardzo pomysłowe są natomiast proste dekoracje dwóch ostatnich scen, rozmowy Salome z uciętą głową na czerwonym, zbryzganym świeżą krwią tle, oraz zakończenie i śmierć księżniczki jakby w lesie pełnym czarnych lian. Takie proste zabiegi dekoracyjne mówią o wiele więcej niż jakieś wymyślne machiny piekielne. Całość przedstawienia jest w Internecie, chyba z inicjatywy uzdolnionej Lidii Fridman.
Joanna Tumiłowicz