Wczorajszy koncert krakowskich filharmoników stał pod znakiem trzech muzyków, których inicjały są na literę B: Johannesa Brahmsa, Hectora Berlioza i Łukasza Borowicza. Symfonie dwóch pierwszych poprowadził ten trzeci. W tej z fortepianem Johannesa Brahmsa jako solista wystąpił Szymon Nehring. Miał to być pierwszy utwór niemieckiego kompozytora z tego gatunku, ale ostatecznie powstały materiał zużytkował na potrzeby formy koncertującej d-moll op. 15 (na symfonię w pełnym tego słowa znaczeniu trzeba było zaczekać jeszcze 19 lat).

Wciąż młody pianista rozpoczął swą partię ściszonym, przytłumionym dźwiękiem, by stopniowo zwiększać jego natężenie. W dalszym ciągu umiejętnie dozował crescenda i decrescenda, a także tempo, operując jego spowolnieniami. Maestoso wymaga ze strony solisty masywnego touché, ale jednocześnie dobrze osadzonego w instrumencie, którego zabrakło (pamiętam jak pod palcami Güntera Kootza pękła struna, a mimo to dźwięk nie był przebity).

Poza tym pojawiały się drobne nieczystości. Nehring z natury liryk fortepianu w pełni odnalazł się dopiero w romantycznej pieśni bez słów jakim jest Andante, snując szeroko płynącą frazę i z wyczuciem dialogując z towarzyszącą orkiestrą. A pożądane brzmienie, którego nie dostawało w pierwszej części, uzyskał w finałowym rondzie oznaczonym jako Allegro non troppo. Dyrygent ze swej strony zadbał o efektowne przeprowadzenie fughetta oraz wejścia drzewa poprzedzającego kodę.
Muzyczna wrażliwość pianisty najpełniej doszła do głosu w Brahmsowskim bisie – Romansie op. 118, odznaczającym się z lekka muskającym klawiaturę, zwiewnym i miękkim uderzeniem. W Berliozowskiej Fantastycznej op. 14 Łukasz Borowicz skupił się nie tyle na orkiestrowej kolorystyce, z której słynął ten kompozytor i której poświęcił swój pionierski podręcznik instrumentacji, ile budowie i zarysowaniu monumentalnej formy, do której skłonność żywił skądinąd francuski twórca.

Jakby chciał dodatkowo podkreślić jej związek z Beethovenem i jego Pastoralną, zarówno pod względem ilości ogniw (pięciu), ich programowych treści i samego układu, z rozbudowaną sielską wizją łąki nad strumieniem, z odgłosami burzy, po środku.

W poprzedzającej Scenie na balu oczekiwałbym wszakże więcej wdzięku i lekkości w wirującym walcu. Znów w mojej pamięci ożyło wspomnienie, tym razem kreacji Gabriela Chmury z rzeszowskimi filharmonikami, który nadał temu epizodowi (całość symfonii nosi w właśnie taki podtytuł, odnosząc go do „życia artysty“) nieomal impresjonistyczne zabarwienie, dopatrując się w nim zapowiedzi tego Ravelowskiego. Na koniec Borowicz sugestywnie rozpętał prawdziwe pandemonium w finałowym Sabacie czarownic z Dies iræ groźnie intonowanym przez puzony i dwie tuby. Potężne crescenda i błyskotliwe accelerando w kodzie nie mogły nie wywołać entuzjazmu publiczności.
Lesław Czapliński