Przegląd nowości

NAXOS nie śmieszy

Opublikowano: piątek, 25, kwiecień 2025 21:48

Cudowna muzyka Richarda Straussa nie dla wszystkich jest wystarczającym powodem aby rozkoszować się kreatywnością instrumentacyjną i melodyczną, a także pokonywaniem trudności wokalnych przez solistów obsadzonych w głównych partiach. Dyrygent – umieszczony w programach Lothar Koenigs – jeszcze tradycyjnie wypisany jest wśród realizatorów największą czcionką. Jednak zaraz za nim dołączono reżysera – tu czcionka, którą wypisano nazwisko Mariusza Trelińskiego jest tylko minimalnie mniejsza, bo to jemu powierzono zadanie wypełnienia mielizn dramaturgicznych jakimiś grepsami, akcjami ruchowymi, zaskakującymi rekwizytami i kostiumami, wreszcie humorem, i gdy już nic nie działa, to w ostateczności nagością.

 

Naxos 1

 

Tym razem nasz najlepszy, markowy reżyser operowy dokonywał cudów pomysłowości w pierwszym akcie przedstawienia Ariadny na Naxos, gdzie rozgrywa się pełna ruchu i nawet zupełnie niepotrzebnych spacerów po scenie, akcja teatru w teatrze. Z początku dyrygent wciąż przerywa orkiestrze i zaczyna od nowa, a trupa aktorów i śpiewaków przygotowuje dwa widowiska, poważne i rozrywkowe, które mają ubarwić wieczorek jakiegoś bogacza zanim rozpocznie się pokaz sztucznych ogni.

 

Naxos 2

 

Czego tu nie ma? Kaskaderzy, ochrypły majordomus, goła kobitka, maszyna wiatrowa, stół reżyserski, sztuczny deszcz, błyskający różnymi kolorami wielki ekran, przyjeżdża nawet pogotowie ratunkowe i robi resuscytację. Mnie się ten zbędny rozgardiasz, a może „sztuczny tłok”, który wcale nie służy muzyce, wcale nie spodobał. Po przewie, gdy publiczność wróciła na miejsca, miało się już odbyć właściwe przygotowywane uprzednio przedstawienie. Pomysły ubarwiające akcję w większości ustały. 


Główna postać Ariadny w długich filozoficznych monologach pojawia się na obrotowej scenie. Jedynym kontrowersyjnym pomysłem reżyserskim dla głównej bohaterki jest to, że podcina sobie żyły. Tutaj jakoś nie skorzystano z pomocy pogotowia ratunkowego, ale pojawiająca się osoba chyba zatamowała krwotok. Atmosfera była spokojniejsza, bardziej dopasowana do nostalgicznej muzyki. Uznałam, że to bardziej odpowiada nastrojowi dzieła. Efekty wizualne przybrały bardziej stonowaną postać.

 

Naxos 3

 

Druga ważna postać, młoda zalotnica Zerbinetta, ma do zaoferowania weselszy motyw muzyczny, ale dla efektu rozchlapuje wodę w kałuży. Niestety kilka osób z widowni podniosło się i w trakcie śpiewu wyszło. A potem znów następuje seria ucieczek widzów. Takie sceny w operze, zwłaszcza Narodowej, należą do rzadkości.

 

Naxos 4

 

Gdzie się podział Treliński? Są jeszcze postacie z grupy commedia del arte, tym razem przebrane za chodzące sztywno i mechanicznie roboty jak z z filmów SF. Kwartet robotów śpiewa bardzo muzykalnie, ale dla zwykłych śmiertelników nie jest to żaden argument. Nawet nie pomaga surrealistyczny świat w kosmosie. Azaliż teraz godzi się chwalić ową operę Richarda Straussa w Teatrze Wielkim w Warszawie? Jak najbardziej. Ci, którzy nie byli w stanie wysiedzieć do końca, niech żałują. Bo też dyrygent z Teatru La Monnaie z Brukseli Lothar Koenigs okazał się prawdziwym mistrzem i do tego przyjacielem śpiewaków. Słuchał go zresztą cały zespół, i ten śpiewający na scenie i pod sceną, i orkiestra grająca w kanale. Spięli się dęciacy i prawie żadne kilksy waltorni się nie pojawiły, a przecież Strauss miał dla instrumentalistów różnorodne i trudne zadania. 


Muzyka nieustannie falowała, a w drugiej części długie, smętne frazy dla sopranistki Ariadny, jak nie przymierzając z Czterech Ostatnich Pieśni tegoż Straussa, przeplatały się ze skocznymi, pełnymi koloraturowych błyskotek rytmami i skokami do góry u Zerbinetty. Te dwie panie były ozdobami spektaklu, Nadja Stefanoff oraz nasza młoda Katarzyna Drelich, która mogłaby trochę jeszcze popracować nad uszlachetnieniem barwy głosu. (Może łyk piwa przed występem?) Choćby dla nich warto było posłuchać tej opery.

 

Naxos 5

 

Alter ego Ariadny, czyli kompozytorka Svetlina Stoyanova o ładnym spintowym głosie pokonywała trudną partię napisaną przez kompozytora jednocześnie zgodnie ze wskazówkami reżysera słaniając się na nogach. Brzydkie siłowanie się z głosem, „wypychanie” było niestety domeną panów i to w dużym nadmiarze. Ustrzegł się tego śpiewaczego zboczenia tylko Robert Gierlach jako Impresario, będący zarazem nauczycielem muzyki.

 

Naxos 6

 

Ale już nauczyciel tańca Mateusz Zajdel nie miał nic lepszego do zaproponowania na forte. Zasmucił także najwyższy z tego towarzystwa Rafał Bartmiński jako bożek Bachus, bo wszystkie górne tony na forte cisnął z zapałem, co powodowało odcięcie części alikwotów i intonowanie nieco pod dźwiękiem. Pozostała, bardzo liczna zresztą obsada, swoje „trzy grosze” dokładała poprawnie. Scena kręciła się nieustannie pokazując obiekt kosmiczny na planecie Naxos z różnych perspektyw. Scenografia Fabiena Lede w każdym razie była ciekawa i imponująca rozmachem. Za to bezsensowna okazała się otwierająca drugi akt animacja wizualna Bartka Maciasa pokazująca padniętą kompozytorkę z pierwszego aktu z maską tlenową na twarzy w stale zmieniających się barwach. Trwało to zbyt długo i monotonnie. Oj, przydało by się jeszcze coś na przyczepkę.

                                                                  Joanna Tumiłowicz