Na początku przedstawienia Aidy w Metropolitan Opera, przy dźwiękach orkiestrowego wstępu Indiana Jones opuszcza się do komory grobowej i natrafia na toczące się tam pośmiertne życie pochowanych w nim starożytnych Egipcjan, wśród których rozpoznajemy Aidę, Radamesa, Amneris i Ramfisa.
Za nim pojawiają się tam inni europejscy łowcy skarbów, ale ani oni, ani duchy Egipcjan nie widzą się wzajemnie. A w czasie Marsza Triumfalnego odbywa się jednocześnie plądrowanie grobu, ale być może dzięki temu wiele z tych artefaktów przetrwa? Aliści reżyserzy cierpią na amnezję i ostatecznie z tego wątku z Indiana Jonesem nic potem nie wynika, a można się było spodziewać, że może uwolnią żywcem zamurowanych kochanków i spowodują szczęśliwe zakończenie ich historii.
Podobnie było w krakowskiej inscenizacji Aidy w 2003 roku w reż. Michaela Wedekinda, która rozpoczynała się współcześnie w kairskim muzeum egiptologicznym, do którego trafiali we współczesnych strojach przyszli odtwórcy postaci z operowej fabuły, ale ostatecznie porzucono ten motyw i ramy nie domknięto, pozostawiając tradycyjne zakończenie. Obecność Indiany Jonesa mógł do pewnego stopnia uzasadniać fakt, że autorem opowiadania, które stało się podstawą libretta był francuski archeolog Auguste Mariette. Inscenizacja Michaela Mayera pozostaje w typowo amerykańskim stylu.
A więc z jednej strony pseudoegipski monumentalizm na miarę hollywoodzkich superprodukcji filmowych, z drugiej pomieszanie motywów zaczerpniętych z innych epok i kultur. Radamesa powracającego że zwycięskiej wyprawy Faraon wieńczy rzymskim wawrzynem.
Z kolei w drugiej części, na którą złożyły się dwa ostatnie akty, kostium Amneris z diademem przypominał raczej Jarosławnę z "Kniazia Igora", chyba że Metropolitan Opera dla oszczędności korzysta z wyprzedaży rekwizytów i strojów z innych teatrów? Z kolei na początku drugiego aktu dwórki Amneris tkają i haftują niczym w Wagnerowskim Holendrze tułaczu czy Moniuszkowskim Strasznym dworze, a w triu Marsza Triumfalnego taniec obłapiających się wojowników sugerować mógłby, że mamy do czynienia raczej ze Spartanami, których oddziały złożone były z par kochanków gotowych oddać za siebie życie.
Pod względem estetyki najnowsze wystawienie Aidy w Operze Krakowskiej góruje nad nowojorskim pod względem scenograficznym, a to za sprawą konsekwentnego operowania jednolitą, czarno-złotą tonacją kolorystyczną. Na pierwszy plan wysunęła się para protagonistów: tytułowa Aida i Radames, która znalazła idealnych odtwórców w osobach Angel Blue i Piotra Beczały. Południowoafrykańska śpiewaczka zachwyca przede wszystkim wielką kulturą śpiewu.
Znakomicie ustawiony głos o wzorowej emisji, dzięki czemu nie wkrada się najmniejsze wibrato i nawet przy najwyższym natężeniu dynamicznym nie wkrada się ostre zabarwienie. Przy tym artystka w zależności od potrzeb wyrazowych operuje zróżnicowanymi odcieniami piana i pianissima, na przykład w arii Ritorna vincitor! z pierwszego aktu czy w cichnącym wybrzmiewaniu na koniec pierwszej odsłony drugiego aktu.
Piotr Beczała nie jest tenorem bohaterskim, ale jego głos z wiekiem okrzepł i pozwala mu z powodzeniem podejmować partie o dramatycznym zacięciu. W celach ekspresyjnych sięga do falsetu jak pod koniec arii Celeste Aida, umieszczonej na początku, gdy głos nie jest jeszcze w pełni rozśpiewany, w duecie z Aidą Pur ti riveggo, mia dolce Aida... w trzecim akcie i wreszcie w tym finałowym Morir! sì pura e bella!, dzięki czemu zestraja się barwowo z brzmieniem sopranu. Spektakl nadawany 25 stycznia (na potrzeby recenzji obejrzany 21 kwietnia w ramach retransmisji w krakowskim kinie Kijów należącym do sieci Apollo-Film) zapewne zainspirował w Krakowie Dominika Sutowicza do zastosowania tego środka.
W pozostałych ustępach Beczała imponująco intonował wysokie tony pełnym głosem. W filmie Pięć grobów w drodze do Kairu pewny swego zwycięstwa Rommel grany przez Ericha von Stroheima zarządza, by po zajęciu miasta urządzono spektakl Aidy bez trzeciego aktu. W dzieciństwie też nie lubiłem tego ogniwa.
A obecnie najbardziej gustuję właśnie w nim i w następnym, właściwie kameralnych, w przeciwieństwie do poprzednich. Szczególne wrażenie wywiera scena Sądu nad Radamesem z dominującą w niej partią Amneris. Niestety Judit Kutasi, węgierski mezzosopran z Rumunii reprezentuje odmianę zdecydowanie liryczną, a tu pożądaną jest dramatyczna o rozległym ambitusie.

Na plus artystki zapisać należy jej sceniczne skupienie i powściągliwość w przeciwieństwie do wokalnie znakomitszej, ale nieznośnie miotającej się krakowskiej wykonawczyni. Hawajski śpiewak Quinn Kelsey w roli Amonastra to nie jest typowy baryton verdiano o gęstym nasyceniu alikwotami, ale w pełni wywiązał się z powierzonego mu zadania. We wdzięcznej pamięci zapisał się jeszcze Yongzhao Yu jako epizodyczny Posłaniec. Istotny udział w nadaniu muzycznego kształtu przypadł Yannickowi Nézet-Séguinowi, dyrektorowi artystycznemu nowojorskiej Metropolitan Opera. Prowadził orkiestrę pewną ręką, czyniąc z niej na Wagnerowski sposób osobną persona dramatis, nie ograniczając jej rolę do akompaniamentu, ale nadawania określonej wymowy rozgrywającym się zdarzeniom, decydując o ich wyraziście dramatycznym przebiegu.
Lesław Czapliński