Oczywiście wypada żałować, że odwołano koncert Orkiestry Polskiego Radia pod dyrekcją Leonarda Slatkina, ale zachował się przynajmniej jeden z solistów tego wieczoru, baryton Samuel Hasselhorn, który w towarzystwie Josepha Breinla zaproponował publiczności recital zawierający przynajmniej część odwołanego programu.

Dodał też od siebie kilka pozycji Roberta Schumanna, które są rzadziej wykonywane, przynajmniej w Polsce, a dają pojęcie o pieśniarskich kompetencjach tego kompozytora. Oczywiście nie było to słynne Dichterliebe, ani tym bardziej Miłość i życie kobiety, ale wypadło znakomicie w ustach dobrze przygotowanego śpiewaka, którego głos nie ma słabych rejestrów, brzmi i daje się słuchać. Nawet w niektórych cantylenach można było przeżyć złudzenie, że odzywają się jakieś alikwoty Andrzeja Hiolskiego. A interpretacja tekstów niemieckich poetów nie odbiegała od standardu przyjętego na estradach koncertowych, w tym wypadku w sali kameralnej Filharmonii Narodowej, która ma niezłą akustykę, bo jest wyłożona drewnem.
Zwróciły uwagę dwie pierwsze pozycje, Tragödie op. 64 nr 3 odnoszące się do Boga i Belsazar op. 57, mówiąca o starożytnym władcy, aroganckim królu Baltazarze. W obu pieśniach był dramatyzm, ale inaczej skonstruowany muzycznie niż w analogicznych „balladowych” kompozycjach starszego o 13 lat Schuberta. Po prostu u Schumanna romantyzm był już w większym uproszczeniu gdy idzie o środki wokalne, większą natomiast wagę, jako pianista, przywiązywał do linii melodycznej fortepianu. Napisał nawet: „Sam głos nie jest w stanie odtworzyć wszystkiego ani wytworzyć każdego efektu; Wraz z wyrazem całości należy również uwypuklić drobniejsze szczegóły poematu”.

Można zauważyć, że niektóre pieśni Schumanna zostawiają spory kawałek partytury do wykonania samemu fortepianowi, jakby jemu kompozytor wyznaczał powiedzenie „ostatniego słowa”. Śpiewane po przerwie pieśni Gustava Mahlera „pchnęły” historię niemieckiego pieśniarstwa aż o pół wieku do przodu. To już okres ostatnich tchnień romantyzmu zabarwionego ekspresjonizmem, z dodatkiem impresjonizmu, a w każdym razie austriacko-niemieckiego „fin de siècle'u”. W pieśniach Urlicht, a zwłaszcza antywojennej Revelge, w rytmie upiornego marsza, daje o sobie znać wyobraźnia kompozytora, która jeszcze więcej uwagi poświęca akompaniamentowi, czy to orkiestry, czy też w wyciągu fortepianowym, co już wymaga doskonałych możliwości technicznych od pianisty. Sama partia głosu jest w pieśniach Mahlera jeszcze bardziej uproszczona, raczej nastawiona na efekt dramatyczny, niż piękno frazy. To stwarza okazję do popisu aktorskiego, ale wszystko odbywa się w myśl standardu – maksimum wyrazu przy minimum ruchu. Pod tym względem występujący dzień wcześniej Ian Bostridge stanowił znaczny kontrast z Samuelem Hasselhornem. Kończące recital Rückert-Lieder dla osób nie znających języka niemieckiego stanowiły mniej czytelny przekaz, można się było skupić na kwestiach emisyjnych, swobodzie wokalnej śpiewaka i mistrzostwie pianisty Josepha Breinla, który wyszedł poza stereotyp zwykłego akompaniatora, stał się równoprawnym twórcą dzieła. Artyści zdecydowali się jeszcze na dwa bisy. Pierwszym była pieśń Franza Schuberta opierająca się na „kołowrotkowym", dosyć skocznym akompaniamencie Musensohn do słów Goethego, pełna zachwytu nad przyrodą i... nad sobą. Drugi bis był powrotem do Schumanna, ze wszystkimi tego konsekwencjami muzycznymi i intelektualnymi. Trzeciego bisu nie było.
Joanna Tumiłowicz