Były czasy, gdy życie muzyczne Łodzi stanowiło dużą atrakcję dla Warszawiaków, a zwłaszcza Teatr Wielki, który imponował rozmachem i wyrafinowaniem swego repertuaru. Wtedy to nawet PKP w dniach ważnych przedstawień podstawiały specjalne pociągi, które najpierw zawoziły „stołecznych" na przedstawienie, a potem z pobliskiego peronu Łodzi Fabrycznej odwoziły do domu.

Dziś Fabryczna odnowiona, tryskająca nowoczesnością, ale pociągów dla melomanów nie ma. Raz się zdarzyło incydentalnie, gdy wiozła elegancką publiczność wraz z Bogusławem Lindą na premierę ostatniego filmu Andrzeja Wajdy o Władysławie Strzemińskim, wciąż niedocenionym rewolucjoniście malarstwa, który się kolizyjnie starł z socrealizmem. Cóż było robić? Łódź przyjechała do Warszawy na Wielkanocny Festiwal Beethovena, aby pochwalić się swoją sztuką.
Nie był to Teatr Wielki, ale Filharmonia im. Artura Rubinsteina, którą poprowadził znakomity, choć przecież pozawarszawski Paweł Przytocki. Wizualnie i ruchowo przypominał oglądanego tu wcześniej Dirka Kaftana z Bonn i był równie sprawny w uzyskiwaniu tego, co mu podpowiadała artystyczna dusza. Zaczął „ambitnym”, bo zwykle pomijanym w programach koncertowych Beethovenem.

Jak można pomijać Beethovena? To oczywiście jego wina, bo naprodukował kilka uwertur o nazwie Leonora i wciąż był niezadowolony. Więc taka Leonora I jest praktycznie słabo znana i zapewne na gruncie warszawskim mogła mieć prapremierę. Czy jest gorsza od innych Leonor? Jest inna. Jakoś taka bardzo włoska, miejscami naśladująca Rossiniego, choć z drugiej strony zawierająca motyw z opery Fidelio, dla której pierwotnie ją przeznaczono. A orkiestra zagrała ją ze smakiem, akcentując wszystkie kulminacje rozłożone nierównomiernie.
Później był hit wieczoru, Cztery ostatnie pieśni Richarda Straussa, arcydzieło samo w sobie, z głębokim podtekstem autobiograficznym. Tego dzieła nie tykają się przeciętne śpiewaczki, bo wymaga głosu i rozumu.

Iwona Sobotka zaśpiewała pięknie po raz kolejny udowadniając, że ma czym śpiewać i jej głos może wykonać każdą figurację, a zarazem pokazała szeroką gamę muzycznych odcieni w każdej pieśni, które na tle błyskającej instrumentacyjnymi pomysłami orkiestry niekiedy każą się rozkoszować także tym, że sopran już swoje wyśpiewał. O czym były te pieśni? Niby o wiośnie, o jesieni i innych takich sprawach. Niemiecka poezja włożona w usta śpiewaczki gdzieś fruwała w przestworzach, ale i sama wokaliza dawała poczucie artyzmu najwyższej miary. A tutaj można nawet było podziwiać czystą i dobrze brzmiącą solówkę waltorni. Po takim wykonaniu trudno byłoby coś bisować, więc publiczność musiała się obejść tylko stojącą owacją.
Był nawet ktoś przygotowany na dwukrotny okrzyk „Brawo!”. W drugiej części wieczoru orkiestra z Łodzi mająca w zestawie nawet dwie grupy kotłów, przedstawiła najbardziej znaną, hitową Symfonię fantastyczną Hectora Berlioza. Nie ma sensu opisywanie każdej z pięciu części tego dużego rozmiarami utworu.

On się może zawsze podobać, bo jest tu zarówno pełen zawijasów melodycznych walc i scena na balu, jak też wyobrażona przez kompozytora jego własna śmierć z powodu zamordowania ukochanej, ale nieczułej kobiety. Aby nawet półanalfabeci muzyczni zrozumieli tę nieskomplikowaną aluzję Berlioz użył popularnego motywu Dies Irae śpiewanego w typie chorału gregoriańskjiego od schyłku XII i początku XIII wieku. W Symfonii fantastycznej melodia ta włożona jest w cały zespół symfoniczny ze szczególnym uwzględnieniem blachy. Łódzcy muzycy zagrali to imponująco.
Joanna Tumiłowicz