Bo tylu aspiruje na zdjęciach próbnych (pani Gabriela Mariola Jankun zwróciła mi uwagę, że Feliks Falk był współscenarzystą filmu pod tym własnie tytułem) do zagrania roli Lutka Danielaka oraz innych postaci w przedstawieniu opartym na fabule Wodzireja (1978), reprezentującego tzw. kino moralnego niepokoju (stosunki panujące w przedsiębiorstwie Estrada stanowiły metaforę sytuacji ówczesnej Polski).
A więc mamy do czynienia jakby z historią powstawania oglądanego właśnie spektaklu (Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu – Wodzirej, premiera 8 marca 2025). Dopóki ich przesłuchanie, z angielska zwane castingiem, odbywało się na proscenium, przy kurtynie ledwo uniesionej nad posadzką, sądziłem, że pójdzie ona w górę i odsłoni scenę dopiero pod koniec, z okazji finałowego balu, którego poprowadzenie rozpala takie namiętności.
Ostatecznie w trakcie widowiska w Danielaka wciela się trzech kandydatów (szkoda że ze standardami dzisiejszych czasów nie pojawiła się w tej roli również aktorka?) ubranych w identyczne garnitury nawiązujące nieco do modnego wówczas koloru bahama yellow, choć faktycznie utrzymane bardziej w pomarańczowej tonacji. Jako pierwszy udziela mu postaci Konrad Wosik.
Z kolei ubranie Meyera uszyte jest z popularnej wówczas tkaniny zwanej bistorem (kost. Mirosław Kaczmarek), albowiem realia w znacznej mierze odnoszą się do czasów akcji ekranowego pierwowzoru. W scenie pomiędzy Danielakiem a Melą, kiedy za cenę usługi seksualnej stara się wydobyć od niej poufne informacje o swoich konkurentach, wokół nich pojawia się więcej kochanków.
Nasunęło mi to skojarzenie z niezrealizowanym pomysłem Siergieja Eisensteina, by w scenie upojenia miłosnego pomiędzy Zygmundem i Zyglindą w inscenizacji Wagnerowskiej Walkirii w 1940 roku w moskiewskim Teatrze Bolszoj w kulminacyjnym momencie pojawiały się ich sobowtóry. Ostatecznie urzeczywistnił to Michelangelo Antonioni w Zabriskie Point, kiedy podczas zbliżenia pomiędzy Darią i Markiem w Dolinie Śmierci ich ekstazą przybiera postać kopulujacych par w wykonaniu aktorów Open Theatre. Pies Anatol, który bezbłędnie wyczuwa charakter gościa, na przeciąg chwili pojawia się natomiast w ludzkiej osobie jednego z aktorów. Zwróciło to moją uwagę prawdopodobnie dlatego, że zapamiętałem z filmu Jerzego Stuhra w komiczny sposób pokrzywiającego się pekińczykowi.
Momentami spektakl sprawia wrażenie montażu skeczów. Do takiego zaliczyć należy opowieść o pijanym dyrektorze w roli Dyndalskiego w Zemście, brawurowo rozegraną przez wspomnianego Meyera w osobie Rafała Kronenbergera, ale nie mającą nic wspólnego z filmem, o co pretensję żywił Feliks Falk. Ale podwójny autor: scenarzysta i reżyser zawsze będzie inaczej to widział.

Kiedy wraz z kolejnymi intrygami Danielaków wypadki nabierają tempa, uruchomiona zostaje obrotowa scena, między innymi w trakcie jego spotkań z piosenkarzem Przybylskim, co coraz bardziej dynamizuje akcję na podobieństwo filmowego montażu.

Aktorzy wykazują się znacznymi umiejętnościami interaktywnymi, ponieważ od czasu do czasu wchodzą w bezpośrednie relacje z publicznością. Skorzystałem z okazji i do aktorki grającej klnącą wróżkę, gdy przechodziła obok mnie zwróciłem się ze słowami: To nieładnie tak przeklinać publicznie, na co ona przytomnie zaripostowała improwizując: Wolno mi przeklinać, bo jestem sfrustrowana. Do finału wciągnięci zostają na scenę chętni spośród widzów, dopóki nie wtargnie jeden z podstępnie wyeliminowanych rywali i nie znokautuje tytułowego Wodzireja, tym razem w wydaniu Adama Szostaka. Pozostaje otwartą kwestią, czy opolski Wodzirej w reżyserii Marcina Libera (wcześniej inspirujący się nim spektakle powstały w Koszalinie i w warszawskiej Ymce w reżyserii Remigiusza Brzyka) jest podróżą sentymentalną do Gierkowskiej ery modernizacji PRL-u, czy też posiada odniesienia do współczesności?
Czyżby stąd ta multiplikacja tytułowej postaci jako wyraz upowszechnienia się postawy karierowiczostwa dążącego za wszelką cenę do celu i sukcesu, zwłaszcza że obecnie stawka jest o wiele wyższa? Ale jest ono zjawiskiem znacznie bardziej uniwersalnym, niezależnym od czasów i środowiska, że przywołam chociażby Wszystko o Ewie Josepha Mankiewicza.

Nasuwają się natomiast porównania z tamtym filmem. Mnie bardziej przypadła do gustu sceniczna Mela Judyty Paradzińskiej, posiadająca więcej godności. Jej partnerem w tej części przedstawienia był Jakub Klimaszewski.
Z kolei zdecydowanie na korzyść Wiktora Sadeckiego wypadła konfrontacja z obsadzeniem roli Lasoty. O ile w jego ekranowym ujęciu jest on współczesnym arbitrem elegantiarum, swym zachowaniem i ubiorem odbiegającym od peerelowskich standardów, o tyle w przypadku Andrzeja Jakubczyka okazuje się zbyt karykaturalny już za sprawą czysto zewnętrznych warunków (wysoka, wydłużona sylwetka), a na dodatek poprzez kostium wpisujący się w stereotypowy wizerunek mężołóżcy. Film przypomniałem sobie po powrocie z Opola i uważam, że spektakl jest na tyle autonomiczny, iż nic nie straci się na jego oglądaniu bez znajomości pierwowzoru. Poza tym, wbrew pozorom, stanowi dość wierne odzwierciedlenie tamtego.
Lesław Czapliński