Na wypełnionej widowni Teatru Powszechnego w Łodzi ok. 70 proc. stanowią kobiety w różnym wieku. Po spektaklu ok. połowa widzów wstaje, by zamanifestować poparcie dla spektaklu i uznanie dla odwagi twórców. Bo tu, na Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych, trafiło przygotowane przez artystów Teatru Polskiego w Podziemiu z Wrocławia przedstawienie Heksy według Agnieszki Szpili.
Twórcy widowiska ostrzegają, że będzie obrażanie uczuć religijnych, będą sceny o charakterze seksualnym, sceny przemocy i wulgaryzmy. Wszystkie te obietnice zostały spełnione, nawet z nawiązką, bo niektóre sceny są przeciągane ponad miarę, jak choćby muzyczny łoskot głośnych basów na samym początku, który niczego nie wnosi. Świat mężczyzn jest przemocowy, dziecinnie głupi, pełen ideowej lub religijnej hipokryzji. Kobiety są sprytniejsze, odważniejsze, swobodniejsze erotycznie, ale i tak przegrywają w tym starciu.
W stosunku do powieści Agnieszki Szpili, którą przerobiła na scenę reżyserka Monika Pęcikiewicz, zabrakło tu jasności którzy bohaterowie są z dalekiej przeszłości, a którzy żyją dziś. Nie zaakcentowano też ich dalszych losów, więc spektakl, poza falą feministycznej krytyki patriarchatu, nie ma jakiegoś zakotwiczenia w rzeczywistości. Nawet superaktualny akcent spotkania Putina z Trumpem, niczego nie wyjaśnia, poza tym, że obaj są samcami. Jeśli więc nie można szczególnie pochwalić pracy reżyserki, bo chaos dłuższej pierwszej części spektaklu nie zostaje zrównoważony bardziej sensowną częścią drugą, to na prowadzenie wybija się strona wizualna.
Autorzy scenografii i kostiumów, Karolina Benoit i Grzegorz Więckowski, stworzyli kilka ciekawych epizodów.
Bardzo pomysłowy jest rekwizyt symbolizujący las, przez który przedziera się bohaterka, tym bardziej, że środki użyte do dekoracji są kompromitująco skromne. Tył sceny pokrywa ściana z cienkiej folii, która przy odpowiednim poruszeniu i oświetleniu doskonale imituje fale morskie.
Znakomicie też potrafiono wykorzystać ciała aktorek, bo w scenie egzekucji czy też zbiorowej przemocy powstała jakby parafraza malarskiego cyklu Andrzeja Wróblewskiego „Rozstrzelanie”. Także inna zbiorowa scena selektywnie oświetlanych ciał kobiet, które spadają ze zbocza góry, ma wybitne walory malarskie. Ale nie da się jednak zapomnieć o długich sekwencjach, które niewiele wnoszą, grają na cierpliwości widzów.
Można natomiast zauważyć, że przedstawienie, w którym aktorzy są wyposażeni w mikroporty z jednej strony zdejmuje z wykonawców obowiązek precyzyjnego wysławiania się dobrą dykcją, a zarazem komplikuje widzom dostrzeżenie kto w danym momencie coś mówi, tym bardziej, że niektóre kwestie padają z tzw. offu, i wtedy już w ogóle nie wiadomo kto i co. Tym niemniej trzeba jednak wyróżnić warsztat kilku aktorów przedstawienia. Bardzo niewdzięczną rolę chamskiej prezeski polskiego koncernu paliwowego wykonuje z zapałem Anna Ilczuk.
Jej niepełnosprawnym mężem jest poruszający się na wózku Andrzej Kłak, aktor charakterystyczny mający za sobą wiele świetnych wystąpień na deskach stołecznego Teatru Powszechnego. Tu rola jego jest o tyle trudna, że owa niepełnosprawność jest traktowana w małżeństwie symbolicznie jako zasłona dymna.
Wreszcie warto wyróżnić scenę ironiczno-komiczną, gdy niejaka Kunegunde grana przez Anastazję Kowalską udziela grupie duchownych lekcji oddawania moczu, bo tu sięgamy do wciąż nierozwiązanego sporu feministyczo-masculinistycznego, nawet w ujęciu międzynarodowym, jak mężczyźni mają podchodzić do tzw. mniejszej potrzeby w zwykłych ubikacjach.
Czy sikać na stojąco, czy na siedząco. Krajowe przepisy oraz rodzime obyczaje higieniczne wciąż są nieugięte wobec męskiej pychy i arogancji. Oczywiście szkoda, że w spektaklu Heksy kwestie moczo-płciowe są o wiele częściej poruszane niż np. przemoc fizyczna czy dyskryminacja materialna, ale to już problem, którym powinni się zająć politycy, a teatr może je najwyżej sygnalizować, jako wizualnie mniej atrakcyjne. Podziękujmy więc za naukę sikania dla panów i liczymy, że dramat Heksy w lepszej realizacji zabłądzi także do Warszawy, skąd nieszczęśliwie został eksmitowany. Wszak nie dla wszystkich są jasne zwracające w spektaklu uwagę lokalne animozje między mieszkańcami Mszczonowa i Podkowy Leśnej, choć jedno i drugie miejsce dysponuje lepszym powietrzem niż centrum stolicy.
Joanna Tumiłowicz