Nic tak dobrze się nam nie kojarzy z Beethovenem jak jego IX Symfonia i Oda do radości, która zamyka to wielkie dzieło. Z owej Ody zrobiono jeszcze Hymn Unii Europejskiej, co dodatkowo umocniło ważność utworu i kompozytora. Zrozumiałe, że otwarcie 29 Festiwalu Ludwiga van Beethovena właśnie tym legendarnym dziełem z góry było skazane na wielkie zainteresowanie i sukces.

Ponadto podtytuł corocznej imprezy brzmiący: Beethoven i wielka poezja, dodatkowo zwracał uwagę na treść samej Ody zaczerpniętej z wiersza Fryderyka Schillera. Znane są perypetie słów Ody, którą Rada Europy w zasadzie odrzuciła i sam Hymn pozostawiła jedynie w wersji instrumentalnej, bo nie chciała komplikować sprawy z wyborem języka. W końcu Europa to w istocie Wieża Babel i nikomu nie można narzucić oryginalnej wersji niemieckiej. Z drugiej strony znane są wykonania IX Symfonii z Odą po angielsku, ukraińsku, także po polsku.
Inną znaną ciekawostką związaną z tym utworem jest fragment II Części Symfonii, w której kotły grają, jako instrument solowy dwa dźwięki opadającej oktawy, podkreślające wagę w sumie prostej wymowy muzyki. Fakt ten stał się nawet tytułem powieści polskiego pisarza Michała Choromańskiego Kotły Beethovenowskie, gdzie znajduje się nawet opis reakcji publiczności na zastosowanie tego innowacyjnego rozwiązania muzycznego. Ponoć podczas prawykonania Symfonii publiczność nagrodziła oklaskami owo miejsce kończące Scherzo, oznaczone w partyturze ritmo di tre battute timpani, bo uznała to za coś super oryginalnego i odkrywczego.

W wykonaniu IX Symfonii przez NFM Filharmonię Wrocławską oraz Chór Filharmonii Krakowskiej pod dyrekcją Christopha Eschenbacha nic takiego się nie stało. Co więcej już na samym początku odzywały się dzwonki jakiejś nie wyłączonej komórki, a orkiestra grała zbyt ciężko i niekiedy nierówno zarówno rytmicznie jak i dynamicznie. Tylko chór oraz solista baryton Jan Martinik stanęli na wysokości zadania, które, wszyscy to przyznają, jest ekstremalnie trudne. Cokolwiek byśmy powiedzieli o inauguracji Festiwalu, to było to rozpoczęcie głośne i godne, bo trudno sobie wyobrazić coś ważniejszego. Festiwal jak zwykle będzie wielką prezentacją muzyki symfonicznej, kameralnej i wokalnej. Jest też, jak co roku okazją do promocji młodego adepta sztuk pięknych, któremu powierza się zaprojektowanie plakatu i logo Festiwalu. Tym razem wybór padł na Julitę Michałowską, która w surrealistyczny, przedstawiający sposób podkreśliła związek muzyki granej na klasycznych instrumentach z żeglugą po nieokreślonych wodach, np. morza, weneckiej laguny, zaś łodzią niosącą śmiałka są skrzypce. To w sumie dosyć trafna metafora pracy artysty-muzyka, którego każdy występ związany jest z jakimś ryzykiem.
W foyer Filharmonii Narodowej, gdzie odbywa się większość koncertów zorganizowano wystawę obrazów Michałowskiej. W większości nie mają one muzycznych konotacji, jednak dwa nieduże portrety przedstawiają realistycznie Ludwiga van Beethovena, bardzo wiernie przenosząc na płótno znany wizerunek kompozytora pędzla Josepha Karla Stielera.

Jest więc Beethoven I ukazujący mistrza boso, w krótkich spodenkach, podobnie jak mężczyznę płynącego na skrzypcach i odpychającego się smyczkiem. Beethoven II jest jeszcze bardziej kontrowersyjny, bo stoi bokiem i prezentuje ogromny brzuch, zapewne w domyśle, chodziło artystce o brzuch ciążowy. To również można odczytywać jako metaforę twórcy, który jest ogromnie płodny, a jego potomstwem jesteśmy po części my wszyscy.
Joanna Tumiłowicz