Dosłownie, ponieważ po środku znajduje się obrotowa platforma, stająca się sceną dla dworskich intryg zogniskowanych wokół osoby Imperatora. Obejmują one również spór pomiędzy stronnikami opery włoskiej i niemieckiego singspielu upostaciowanych w osobach Antonia Salieriego i Wolfganga Gottlieba Mozarta (z pierwszym imieniem lepiej współbrzmiałby właśnie niemiecki odpowiednik drugiego, po polsku brzmiącego Bogumił).
Warto wspomnieć, że nieco wcześniej we Francji przetoczyła się podobna kampania, która podzieliła świat opery na zwolenników kawalera Glucka (Mozart zostanie jego następcą w Wiedniu, ale z mniejszą pensją) i Pucciniego. W Amadeuszu Peter Shaffer nawiązał do czarnej legendy Salieriego truciciela (w Polsce podobnie było z Boną Sforzą w związku ze śmiercią Barbary Radziwiłłówny), stworzonej przez Aleksandra Puszkina w jednej z jego małych tragedii i spopularyzowanej za sprawą opery Nikołaja Rimskiego-Korsakowa.
O pozorności tej hipotezy świadczyć może fakt, że u Salieriego kształcił się Franz Xaver, najmłodszy syn jego genialnego, nieżyjącego już wtedy konkurenta, w przyszłości też kompozytor (ironia historii sprawi, że będzie on posiadał swój grób w Karlsbadzie w przeciwieństwie do słynnego ojca). Mimo szczupłości przestrzeni pozostającej do dyspozycji realizatorów (reż. Piotr Sieklucki), dzięki pomysłowej scenografii Łukasza Błażejewskiego udało się nadać inscenizacji Amadeusza znamiona widowiskowości.
I to bez odwoływania się i angażowania multimedialnej technologii. Można ją określić mianem gry pomiędzy rozwieszonymi portierami i w rytm rozsuwanych kurtyn odsłaniających wewnętrzne scenki. W głębi umieszczono postać starego Salieriego (Jerzy Fedorowicz), którego wspomnienia ożywają na przodzie, a w których pojawia się on w swoich dwóch dodatkowych wcieleniach: młodzieńczym Jonatana Maciejowskiego oraz rywala Mozarta w magicznym dla Polaków wieku czterdziestu czterech lat w wydaniu Marcina Kalisza.

W przeciwieństwie do historycznego pierwowzoru, któremu według przekazów oraz zachowanych podobizn natura poskąpiła urody, odtwarzający Mozarta Witalik Hawryła odznacza się zniewalającą aparycją i urokiem osobistym zyskującym mu ogólną sympatię. Niedojrzałość granej postaci podkreślać mają sportowe szorty, ale jak przystało na epokę rokoka złociste i na dodatek zestawione z koronkowymi podkoszulkami. Również kostiumy innych osób stanowią połączenie współczesnych strojów z drobnymi archaizacjami.
Rolę tę spełniają charakterystyczne dodatki, na przykład peruki, w karykaturalny sposób dookreślające postacie. Jest to między innymi przypadek dyrektora opery hrabiego Orsiniego-Rosenberga (Janusz Marchwiński) czy samego cesarza Józefa II (Sławomir Sośnierz). W odniesieniu do Marcina Mroza jako barona van Swietena, znanego jako librecista oratoriów Josepha Haydna, decydują o tym naturalne warunki.

Akcja toczy się wartko, a ożywiają ją wspomniane odsłony małej scenki po prawej, na której w formie wokalno-choreograficznej (oprac. muz. Paweł Harańczyk, ruch scen. Karol Miękina) przywoływane są sytuacje towarzyszące premierom Uprowadzenia z seraju, Wesela Figara oraz śmierci ich autora z wykonywanymi na żywo parafrazami muzyki z nich zaczerpniętej.

U Shaffera (w omawianej inscenizacji wykorzystano nowy przekład Macieja Stroińskiego) czy w filmie Formana postacie są dość jednowymiarowe, a Mozart poniekąd farsową figurą. W Teatrze Nowym w Krakowie przywrócono im charakterologiczną przestrzenność. Ukochany przez Boga świntuszy ze swoją przyszłą żoną Konstancją, ale nie jest pozbawionym ogłady parweniuszem i poważnie podchodzi do twórczej misji wynikającej z posiadanych zdolności, których jest w pełni świadomy. Wiąże się to z wyborem aktora, gdyż Hawryła oddaje całą złożoność jego uczuć, nastrojów i wynikających z tego zachowań i postaw.
Nie jest bynajmniej niedorozwiniętym osiłkiem nie zasługującym na swój talent, albowiem autorzy złagodzili rozziew pomiędzy genialnym artystą a pospolitą naturą człowieka, w którego ciele przyszło mu żyć. Z kolei Marcin Kalisz wydobył tragiczny rejestr postaci Salieriego, podziwiającego Mozarta, a zarazem niezdolnego uwolnić się od uczucia zawiści. Tym trudniejsze zadanie dla aktora, że jego awersji nie uzasadnia ludzka niedoskonałość przeciwnika. Najbardziej stereotypową w tym gronie wydaje się Konstancja, nie odżegnująca się od korzystania z wszelkich uroków życia.
Cała trójka odznacza się natomiast znaczną sprawnością fizyczną, albowiem w ten sposób odreagowuje i rozładowuje egzystencjalne napięcia i związane z nimi frustracje. W przypadku Niny Stec jest ona wręcz akrobatyczna. Tego wszystkiego nie da się powiedzieć o dwóch zniewieściałych figurach Venticellich czyli lekkoduchów, które określić można zapożyczonym od Witkacego mianem kobietonów.

Ich obecność uzasadnia wszak to, że w przywołanej premierze Uprowadzenia z seraju występują eunuchowie, czy też fakt, iż ówczesny świat operowy zaludniali kastraci obsadzani również w niektórych tego rodzaju włoskich utworach Mozarta (od młodzieńczego Mitrydatesa, króla Pontu poprzez Idomeneusza po Łaskawość Tytusa, przedostatnie dzieło sceniczne). Amadeusz w krakowskim Teatrze Nowym udowadnia, że o wiele bardziej udane przedsięwzięcia artystyczne mogą powstawać na scenie, która w przeciwieństwie do innych nie jest beneficjentem ministerialnych dotacji.
Lesław Czapliński