Dzięki Matheu Pompeu okazało się, że Gaetano Donizetti napisał jeszcze jedną, dotąd nieznaną operę, a mianowicie Edgara z Ravenswoodu. Wcześniej słyszałem tego brazylijskiego tenora wyłącznie w operach Moniuszki wykonywanych pod dyrekcją Fabia Biondiego (Jontek w Halce oraz Idamor w Parii).

Teraz dopiero mogłem go poznać w repertuarze najbardziej odpowiadającym jego naturalnym predyspozycjom wokalnym. A więc włoskiego belcanta (Opera Śląska w Bytomiu: Gaetano Donizetti Łucja z Lammermooru – przedstawienie z 1 kwietnia na scenie Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach).
Głos tenorowy, aby w pełni osiągnąć brzmieniową szlachetność metalicznego kruszcu, powinien dojrzewać w odpowiednim klimacie i związanej z nim diecie: w słońcu na bezchmurnym niebie i z winem jako podstawowym trunkiem, podobnie jak od tych czynników według Hyppolite'a Taine'a zależy w szerszym znaczeniu rozwój cywilizacji.

Za sprawą tego artysty należące do Edgara zakończenie opery nie wypada blado po dramatycznej scenie obłędu Łucji (w nieco odmiennej wersji francuskiej stanowi on odrębny akt oddzielony przerwą od poprzednich zdarzeń). Tym razem w pełni można było skupić się na wyrażonej muzycznymi środkami rozpaczy kochanka popełniającego ostatecznie samobójstwo Tu che a Dio spiegasti l'ali. W tej sytuacji tytułowa bohaterka, Łucja z Lammermooru, w pewnym sensie zeszła na drugi plan.

Rusłana Kowal posiada wartościowy materiał wokalny, potrzebujący wszakże dopracowania zwłaszcza artykulacji i emisji w górnym rejestrze. Obecnie bowiem przy większym natężeniu dynamicznym sprawia on wrażenie znacznej forsowności, a belcanto wymaga naturalności i swobody w prowadzeniu frazy. Udoskonalenia wymagałaby też technika koloratury, albowiem pasaże przypominają bardziej glissanda, jedynie wydobywane staccato posiadają krystalicznie czysty charakter.
Co okazało się atutem w scenie szaleństwa Il dolce suono, pod względem barwy idealnie współbrzmiąc z dźwiękami szklanej harmoniki, albowiem w Operze Śląskiej sięgnięto do pierwotnej wersji, w której została ona wprowadzona ze względu na panujące w czasach kompozytora przekonanie, że instrument ten przyprawia ludzi o pomieszanie zmysłów. Z uwagi na jego kruchość na ogół zastępowany bywa przez o wiele łatwiej dostępny flet, uwzględniony przez Donizettiego jako alternatywne rozwiązanie.
Głos artystki urzekał również w ustępach śpiewanych mezza voce i pianissimo. Jak zawsze niezawodnym okazał się Stanisław Kufluk w partii Henryka Ashtona, dostarczając solidnego oparcia partnerom we wspólnych duetach: z Łucją Il pallor funesto, orrendo z drugiego aktu oraz z Edgarem Asthon! Sì na początku następnego. Dobre wrażenie pozostawił po sobie występ Zbigniewa Wunscha w partii Rajmunda, zwłaszcza w recytatywie Ah! cessate quel contento poprzedzającym wejście Łucji w scenie obłędu.

Piotr Mazurek sprawną ręką pokierował orkiestrę Opery Śląskiej, przy czym z solowych ustępów instrumentalnych, oprócz wspomnianej szklanej harmoniki z grającą na niej Christianą Schönfeldinger, artystką z Wiednia, warto wymienić należące do harfy wprowadzenie w klimat romantycznej sceny schadzki Łucji z Edgarem, które usłyszeliśmy w wykonaniu Jarosławy Niklajewej.
Interesująco pomyślana jest scenografia (dek. Marc Thurow) z trapezoidalną ramą po środku, dzięki której operować można różnymi planami. Przy dźwiękach orkiestrowego wstępu w głębi upozowana postać kobieca wprowadza w atmosferę tej gotyckiej opowieści według Waltera Scotta. Stąd zapewne na początku trzeciego aktu zostaje dosłownie ukazane zabójstwo Artura z ręki Łucji, kiedy z obnażonym torsem chce skonsumować zawarte wbrew jej woli małżeństwo.

Z kolei wejście meżobójczyni przybiera metaforyczną postać w formie szkarłatnego sukna otulającego postać Łucji i którego końce udrapowane są gdzieś za kulisami. Szkoda, że potem zostaje zrzucone i Łucja ukazuje się w białej szacie ze śladami krwi.

W finale jednak umierający Edgar odkryje pod wspomnianą tkaniną zwłoki ukochanej. Pod względem reżyserii (Bert Bijben) mamy do czynienia z tradycyjnymi rozwiązaniami, a co za tym idzie zbiorowe sceny potraktowane zostały standardowo, z frontalnie ustawionymi, nieruchomymi śpiewakami (zamykające drugi akt słynne concertato w formie sekstetu Chi mi frena in tal momento). Kostiumy (Znana Bosnjak) pozostają umownie historycznymi, z mężczyznami przy szpadach, ale już kilty zastąpione zostały przez spodnie w kratę. Jak można się było z tego omówienia przekonać, warto przyjechać na Śląsk, by obejrzeć inscenizację Łucji z Lammermooru Donizettiego w miejscowej operze w Bytomiu.
Lesław Czapliński