Czyli lalka, bo jesteśmy w Teatrze Groteska w Krakowie. Przez znaczną część przedstawienia wydawać się może, że taki status posiada również markiz de Sade, skoro siedzi nieruchomo, odwrócony tyłem do publiczności, jakby pogrążonym w głębokim stanie katatonicznym.

Nie powinno to jednak dziwić, skoro znaleźliśmy się w zakładzie dla obłąkanych w Charenton, w którym umieszczono libertyńskiego pisarza, wcześniej jednego z ostatnich pensjonariuszy Bastylii przed jej zburzeniem. Prowadzący zakład były duchowny katolicki François Coulmier stosował mowatorskie metody lecznicze jak terapia za pomocą sztuki. We współpracy z Sadem organizował zatem przedstawienia teatralne mające dla pacjentów stanowić rodzaj psychodramy. I jesteśmy właśnie świadkami takiego przedsięwzięcia, dokładnie w 15 rocznicę przywołującego zabójstwo Jean-Paula Marata, przywódcy Rewolucji, dokonane przez Charlotte Corday 15 lipca 1793 roku.
Zostało ono wykorzystane przez jakobinów do wprowadzenia rządów terroru, a Marat do czasu ich upadku stał się przedmiotem kultu, którego pozostałością jest upamiętniający to zdarzenie obraz Jacques'a Louisa Davida, w stylizowanej postaci wielokrotnie przywoływany w trakcie sztuki Petera Weissa Męczeństwo i śmierć Jean Paul Marata przedstawione przez zespół aktorski przytułku w Charenton pod kierownictwem pana de Sade.

Cieszyła się ona wielką popularnością w kontestatorskich latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, kiedy spodziewano się nadejścia równie radykalnych zmian ustrojowych. Tytułowi bohaterowie zgodnie z poglądami Wilhelma Reicha symbolizowali rewolucję, która połączyłaby transgresję polityczno-społeczną z obyczajowo-seksualną, a jej zarzewiem mieli być nieuwikłani jeszcze w panujący system studenci lub pozostający poza nim nieprzystosowani społecznie, na przykład hipisi lub właśnie psychicznie chorzy.

Znana pod skróconym tytułem Marat/Sade łączyła formułę teatru politycznego Bertolda Brechta z wywodzącą się z idei Antonine'a Artauda poetyką teatrów alternatywnych, odwołujących się do przejaskrawionych środków wyrazu. Prapremierę w Berlinie wyreżyserował Konrad Swinarski, wystawiając dramat także w Polsce w warszawskim teatrze Ateneum. Niebawem duży rozgłos zyskała inscenizacja Petera Brooka.
Co zatem zostało z tamtych lat? I dlaczego do tej pozycji powrócono właśnie teraz? Obydwaj bohaterowie jawią się personifikacjami idei przemocy. Pierwszy w imię wyzwolenia zbiorowości, która zarazem staje się ofiarą tych praktyk, czego wyrazem są rekwizyty w formie zgilotynowanych głów. Drugi nieograniczonej wolności jednostki przekraczającej w ten sposób krępujące ją społeczne normy.
Na straży tych ostatnich oraz związanego z nimi opresyjnego porządku stoi wspomniany Coulmier, który co jakiś pacyfikuje swoich pacjentów, gdy przekraczają role wyznaczone im do odegrania i zaczynają postępować spontanicznie, zgodnie z własną wolą i naturą, co grozi zapanowaniem anarchii. Marat, jak na męczennika przystało, ze względu na swe przekonania ponosi ofiarę z własnego życia, Sade traci natomiast wolność, a Coulmier kontrolę nad swym szpitalem, co oznacza, że przynajmniej w tym wymiarze spełnia się wizja rewolucji przeprowadzonej poprzez wyrzuconych poza istniejący system.
Symbolem ustanowienia w przytułku wolności jest objęcie przez jedną z pacjentek roli Marianny z trójkolorową flagą. Po oderwaniu od niebieskiego pasma dwóch pozostałych staje się ona polską biało-czerwoną, zanim białe płótno nie posłuży do opatrzenia rany Maratowi. Konrad Dworakowski, autor inscenizacji w Teatrze Groteska położył nacisk na stronę widowiskową.
Rodzaj dystansu wobec rozgrywających się wypadków tworzy wspomniane w tytule przydanie aktorowi odtwarzającemu Marata wspomnianego sobowtóra w formie lalki, co zgodnie z estetyką Brechta nie pozwala na pełną identyfikację z postacią, lecz przypomina, że to tylko sceniczna fikcja. I za Andrzejem Lederem można dojść do wniosku, że i oglądana rewolucja jest „prześniona“.
Niewątpliwie trudności nastręcza ukazanie psychicznie chorych, ich natręctw i niekontrolowanych zachowań, aby nie zostało to uznane za uleganie stygmatyzującym stereotypom. Najlepiej poradził sobie z tym Paweł Kuźma jako Wywoływacz, łączący charakterystyczność z wyrazistością, a jednocześnie nie ulegając przerysowaniu. Pomysłowym było też powierzenie ról zakonnic mężczyznom niczym w Mniszkach Eduarda Maneta. Na koniec jedna uwaga natury technicznej: jako frankofila raziła mnie wymowa nazwiska zabójczyni Marata z angielska jako „kordej“, podczas gdy poprawną jest „korde“.
Lesław Czapliński