Już sam polski tytuł Symfonia o umieraniu może przyciągnąć zainteresowanie melomanów, choć tytuł oryginału jest krótszy: angielski – Dying, niemiecki – Sterben. Wątków muzycznych jest tutaj sporo, bo jest to dramat rodzinny (w oficjalnych opisach – komedio-dramat), w którym główny bohater Tom Lunies jest dyrygentem, a jego przyjaciel, Bernard, kompozytorem czekającym na prawykonanie swej Symfonii o umieraniu.

Problemy muzyczne są jednak tylko jednymi z wątków tego, wielkiego jeśli chodzi o rozmiary, prawie 3-godzinnego fresku rodzinnego. Ma on aż pięć oddzielnych historii, które się wzajemnie uzupełniają rysując obraz skomplikowanych stosunków rodziny Lunies. Ów dramat starych schorowanych rodziców i niespecjalnie ich kochających dzieci wzmacniany jest przez pracę dyrygencką głównego bohatera, który z młodzieżową i międzynarodową orkiestrą przygotowuje prawykonanie specjalnie zamówionej kompozycji autorstwa człowieka o psychopatycznych skłonnościach.
Czy owa Symfonia, a w rezultacie raczej Rapsodia na wiolonczelę z orkiestrą, istotnie „mówi” o śmierci? To bardzo problematyczne, zwłaszcza, że muzyka jest sztuką asemantyczną i mało które dźwięki czy melodie stanowią wyraźny znak albo program dramatyczny. W tym wypadku, skoro kompozytor ciągle nie może się zdecydować jak jego dzieło będzie wyglądało w ostateczności i rezygnuje z udziału chóru dziewczęcego podającego jakiś tekst, a koncentruje się na czysto instrumentalnym dziele, o temacie śmierci świadczy jedynie kontekst, bo autor sam odbiera sobie życie przed premierą.
To dosyć sztuczny zabieg dramaturgiczny reżysera i scenarzysty Matthiasa Glasnera, warto jednak się skupić nad kwestiami czysto muzycznymi zawartymi w obrazie filmowym. Aktor grający dyrygenta Lars Eidinger, jest również raperem, a w opisach produkcji podano, że sposób kierowania orkiestrą bez użycia batuty zaczerpnął od znanego kapelmistrza greckiego Teodora Currentzisa, który swój wątpliwy rozgłos osiągnął m.in. współpracą z rosyjskimi instytucjami muzycznymi i odebraniem jakiejś nagrody muzycznej od władz Putina już po agresji na Ukrainę.
To nie ma jednak żadnego znaczenia dla treści filmu, o wiele bardziej interesująca od ruchów aktora-dyrygenta jest sama tytułowa kompozycja, którą dla filmu napisał kompozytor i kontrabasista Lorenz Dangel. Słyszymy spory fragment muzyczny, zarówno pierwszej wersji Symfonii z chórem, jak i ostatecznej, dużo krótszej z wiolonczelą solo na tle orkiestry.
Nie jest to jakaś banalna składanka popularnych schematów muzyki filmowej, raczej profesjonalnie zinstrumentowany utwór neoklasyczny, w stylu przypominającym nieco dzieła estońskiego twórcy Arvo Pärta. O wiele ciekawsza muzycznie jest partia wiolonczeli w drugiej wersji przygotowywanego utworu, gdzie rolę dziewczyny nieszczęsnego kompozytora gra autentyczna wiolonczelistka z bogatym dorobkiem muzycznym Saerom Park, artystka niemiecko-koreańska.
Jesteśmy więc świadkami prawdziwego wykonania utworu muzyki klasycznej, który do tego ma miejsce w ogromnej, nowoczesnej sali Filharmonii Berlińskiej. To podnosi jeszcze wyżej estetyczną wartość filmu Matthiasa Glasnera. Są tu również zawarte inne, drobne, ale znaczące smaczki muzyczne.

Np. matka dyrygenta wyznaje, że jej syn po niej odziedziczył swój talent, bo ona ma słuch absolutny i na dowód intonuje ze słuchu czysty dźwięk „a” razkreślne, a także pokazuje na pianinku, jak się zaczyna pierwsze Preludium z Das Wohltemperierte Klavier Jana Sebastiana Bacha. W mieszkaniu kompozytora, który szykuje się do śmierci słyszymy odtwarzany z płyty charakterystyczny fragment Kwartetu Franza Schuberta Śmierć i dziewczyna. Jesteśmy też świadkami bankietu po wykonaniu zapowiadanej Symfonii, na którym zaproszeni goście z berlińskiej socjety i sponsorzy tego szczególnego koncertu wymieniają luźne, jakże autentyczne w swej szczerości uwagi. Warto zapamiętać jednozdaniową recenzję: „Kompozytor pierdnął w twarz muzycznej awangardzie”.
Joanna Tumiłowicz