Kolejny konterfekt sceniczny z cyklu poświęconego twórcom muzyki popularnej w Teatrze Nowym Proxima poświęcono liderowi grupy Dżem Ryszardowi Riedlowi (scen. i reż. Piotr Sieklucki). Mojemu skądinąd rówieśnikowi. Jego śląskie pochodzenie przywołane zostaje w pomysłowej aranżacji scenicznej przestrzeni (scen. Łukasz Błażejewski), na którą składają się imitacje brył węgla, spośród których w pewnym momencie powstanie matka bohatera, a także makieta przedstawiająca ówczesne bloki mieszkalne po prawej.
Z kolei monitory po lewej dotyczą zapewne jego przynależności do branży rozrywkowej. Zastanawiam się, na ile tytuł przedstawienia Święty Rysiek że Śląska i jego wymowa nawiązują do eseju Jean-Paul Sartre'a: Święty Genet: męczennik i komediant, skoro obaj twórcy byli poniekąd samorodnymi talentami skłóconymi z obowiązującymi normami. Zarazem historia Riedla i jego robotniczej rodziny wpisana została w ewangeliczny archetyp, od którego nie sposób uciec w Polsce, a tym bardziej na Śląsku.
Dzieje się tak nie pierwszy raz, jeśli wspomni się etiudę Stanisława Latałły Święta Rodzina, która na motocyklu przemierza prowincjonalną Polskę z odpustu na odpust, a którą Tadeusz Konwicki włączył później do swego filmu Jak daleko stąd, jak blisko. Skoro Ojciec ubolewa, że nie udał mu się świat, synowi zatem przypada tragiczna dola i krótkie życie naznaczone cierpieniem.

Na ten męczeński aspekt biografii Riedla wskazuje cierniowa korona spoczywająca przez cały czas na skroni Piotra Siekluckiego grającego tytułowego bohatera. Ten trop dodatkowo utwierdza, kiedy pod koniec spektaklu dotąd poziomo rozłożoną makietę bloków podnosi i ustawia na sztorc, na kształt krzyża, w cieniu którego dokona się życie przedwcześnie zmarłego, w chwili śmierci będącego mniej więcej w wieku Jezusa. A więc nie tyle identyfikacja, ile podążanie jego tropem, choć z pozoru na przekór.

Rzecz rozpoczyna się bardzo dynamicznie w rapującym rytmie. Opowieść o życiu rockowego muzyka przeplata się z piosenkami z jego repertuaru. Przełomowe wydarzenia i związane z nimi postacie tworzą rodzaj stacji w formie jakby kabaretowych skeczy. W ten sposób przywołana zostaje Nauczycielka, która spowodowała u niego trwały uraz na punkcie szkoły, dziewczyna i przyszła Żona, wreszcie Psycholożka z terapii uzależnień.
Wszystkim im oraz Matce ciała i głosu użycza Katarzyna Chlebna, dając popis aktorskich możliwości warsztatowych, przedzierzgając się z jednej postaci w drugą przy tym jakże różnych, również pod względem wieku i temperamentu. Z Matką wiąże się rejestr codziennego heroizmu, a zarazem nadekspresja w zakresie środków wyrazu. Z Żoną ton liryczny i powściągliwość zachowań.
Za to wyraźnie przerysowane są ujęcia Nauczycielki i Psycholożki, wnoszące pierwiastki wybitnie farsowe. Niekiedy aktorzy wchodzą w interakcje z publicznością. Dzieje się tak, kiedy w scenie lekcji do odpowiedzi wywoływanymi są osoby spośród publiczności, stremowane tym nieoczekiwanym obrotem spraw nie mniej niż uczniowie z klasy Riedla.

Z kolei w trakcie wesela wybrani widzowie częstowani są trunkami i słodyczami. Momentami klimat tęsknoty za czasami, które nieodwołalnie odeszły, przywołują snujące się dymy i operowanie barwnymi światłami (Łukasz Błażejewski i Wojciech Kiwacz). Kontrapunktem dla piosenek bohatera jest muzyka akustyczna w wykonaniu żeńskiego kwartetu smyczkowego. Do przeszłości zdaje się odwoływać także fakt, że spektakle w Teatrze Nowym Proxima rozpoczynają się o 19.15. W czasach mojej młodości tak było we wszystkich teatrach krakowskich. A także zamiejscowych. W Łodzi na przykład w Grand Hotelu przy Piotrkowskiej działała scena Teatru im. Jaracza, która wprost nosiła nazwę Teatru 7.15.
Lesław Czapliński