W tym celu uruchomione zostaje pośmiertne śledztwo. Czyżby w ramach procesu rehabilitacyjnego? W związku z nim odbywa się nawet ekshumacja z podziemnej krypty (czytaj: zapadni) biskupa, nawet w zaświatach uzależnionego od... biszkoptów i madery. Tym sposobem staje się uosobieniem kościoła opływającego w materialne dostatki.
W szerszym znaczeniu ekshumowano Stendhala z jego Czerwonym i czarnym (scen. Krzysztof Szekalski), by za jego pośrednictwem ukazać kondycję współczesnego świata oraz instytucji „trzymających władzę“, choć ograniczono się właściwie do jednej, do kościoła. A zatem podstawiono im stendhalowskie lustro, które zamiast przechadzać się po gościńcu, zatrzymało się na scenie Łaźni Nowej (premiera: 23 marca 2025) i przybrało panoramiczny kształt. Umieszczona z tyłu niego kurtyna sprawia, że dopóki się nie rozsunie, to odbijają się w nim schodzący widzowie.
Mogą więc przejrzeć się w nim i stworzyć zbiorowy portret współczesnej polskiej publiczności, skąd i z czym przychodzi na spektakl, zanim on sam się rozpocznie. Skądinąd skupia się on raczej na współczesnych problemach jak nadużycia seksualne ze strony księży, prawdopodobnie występujące w czasach akcji literackiego pierwowzoru, ale wtedy nieobecne w publicznym dyskursie. To także zabieg przerwania ciąży kochanki bohatera, przeprowadzony rzekomo w zaciszu klasztoru, w powieści natomiast dziecko się urodzi i przeżyje ojca.
Niewątpliwym uproszczeniem pozostaje sprowadzenie liberalizmu Sorela do uwodzenia kobiet: mężatki lub córki arystokraty, choć hierarchia klasowa powiązana była z tabu seksualnej natury, lecz już nie tak nieprzekraczalnymi, skoro miał szansę poślubić tę ostatnią i zyskać nawet szlachectwo. On, syn cieśli, co wielokrotnie podkreślane jest w trakcie przedstawienia.
Spektakl traktuje też o odpowiedzialności społeczeństwa za losy jednostki. W tym przypadku tych, którzy sprawili, że życie Sorela potoczyło się tak, a nie inaczej, i zawiodło go ostatecznie na szafot. Rzecz rozgrywa się bowiem z perspektywy następującej po jego egzekucji (motywem przewodnim są pojawiające się co jakiś czas songi Fouqué, jego przyjaciela, który wykupił od kata głowę Sorela i co jakiś czas z tym rekwizytem w ręce śpiewa z galerii nad widownią, która na ten czas wyłania się z mroku).
A zatem wydaje mi się, iż bardziej korzystnym z punktu widzenia dramaturgii przedstawienia byłoby, żeby w ogóle nie pojawiał się fizycznie, lecz jego postać wyłaniała się wyłącznie z zeznań i wspomnień tych, z którymi zetknął go los. Tytułowe czerwień i czerń, w oryginale odnoszące się do monarchii i kościoła, znajdują odzwierciedlenie w urządzeniu scenicznej przestrzeni (scen. i światła: Małgorzata Szydłowska). W pierwszym, przybierającym odcienie bordo i fioletu, utrzymane są dekoracje, wspomniana kurtyna oraz nieliczne kostiumy. Te ostatnie w większości są czarne, co nie dziwi, skoro kilka istotnych postaci należy do duchowieństwa, a i główny bohater Julien Sorel był przez jakiś czas klerykiem.
Bartosza Szydlowskiego, dyrektora artystycznego Łaźni Nowej i festiwalu Boska komedia, a zarazem reżysera omawianego spektaklu, pod względem technicznym zainspirowało niewątpliwie widowisko Quanta w reż. Łukasza Twarkowskiego z Litewskiego Teatru Narodowego w Wilnie, prezentowane w grudniu w Krakowie. Zbliżenia osób poddawanych przesłuchaniom ze względu na ich związki w przeszłości z Sorelem, za pomocą dwóch kamer wyświetlane są w głębi (multimedia: Peter Fick i Dawid Kozłowski, tak że możemy śledzić nie tylko malujące się na ich twarzach reakcje, ale i mikroporty służące wzmocnieniu głosu.
Aliści po jakimś czasie staje się to w końcu opatrującą i budzącą znużenie rutyną. Na długo natomiast zapada w pamięci sekwencja widmowego balu toczącego się jakby w zwolnionym tempie. Pewne moje wątpliwości budzą wulgaryzmy nie jako takie, ale z uwagi na fakt, że dominują stroje z epoki, a więc nadano przedstawieniu kostiumowy charakter, z którym się jednak kłócą.
Co prawda najwięcej wypowiada je pokojówka Eliza, a więc postać plebejskiego pochodzenia. Akcja powieści rozgrywa się w przededniu rewolucji lipcowej. Z kolei widowisko w Łaźni Nowej zamyka wygłaszane po ukraińsku przesłanie Juliena Sorela o wolności, której personifikacja z obrazu Éugene'a Delacroix prowadzi lud na barykady w towarzyszących projekcjach. Czy z tego ma wynikać, iż znaleźliśmy się właśnie w takim przełomowym momencie historii?
Lesław Czapliński