To jedna z konkluzji jaka pada w finale Fidelia Ludwiga van Beethovena, a którą uczyniono mottem przedstawienia w nowojorskiej Metropolitan Opera (obejrzanego w krakowskim kinie Kijów, należącym do sieci Apollo Film), skoro umieszczono ją na kurtynie.
Obecna inscenizacja w reżyserii Jürgena Flimma i przygotowana muzycznie jeszcze przez Jamesa Levine'a od ćwierćwiecza gości w repertuarze MET. To już szósta realizacja jedynej opery Ludwiga van Beethovena na tej scenie. Po raz pierwszy pojawiła się na niej w 1884 roku. W 1908 muzycznie przygotowana została przez Gustava Mahlera. Kolejne jej premiery miały miejsce w latach: 1927, 1960 i 1970. Wbrew dawniejszym opiniom jest to arcydzieło, choć przed wykonawcami stawiające wysokie wymagania, gdyż kompozytor ten traktował ludzkie głosy na sposób instrumentalny.
Na przykład pod koniec arii Florestana In des Lebens Frühlingstagen oraz w jego duecie z Leonorą O namenlose Freude!. Z pierwotnej obsady premierowej w przedstawieniu z 15 marca pozostał jedynie René Pape w roli Rocca.
To artysta zarówno o dużym doświadczeniu wokalnym, jak i obyciu scenicznym, potrafiący z dobrym skutkiem odnaleźć się w różnych sytuacjach będących pochodną reżyserskiej pomysłowości. W tym przypadku wykazuje się zdolnością szybkiego dostosowywania się do zmieniających się okoliczności politycznych.
Akcję przeniesiono w lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku, prawdopodobnie do któregoś z krajów Ameryki Łacińskiej, na co wskazują stroje kobiece, w mniejszym stopniu wojskowe mundury. Więzienie Pizarra przypomina trochę urzeczywistnienie panoptikonu Jeremyego Belthama, gdyż cały czas widzimy po prawej stronie zamkniętych za kratami więźniów, będących pod nieustannym dozorem, a zarazem pozostających niemymi świadkami toczących się wydarzeń. Zadbano o ożywiony ruch sceniczny, a śpiewacy otrzymali do wykonania niemałe zadania aktorskie, nieutrudniające im wszakże wywiązywania się z tych wokalnych.
Może poza Jaquinem, nieszczęśliwie zakochanym w Marcelinie, z którego uczyniono pocieszną figurę, wciąż mierzącą do kogoś z rewolweru lub karabinu, przy czym postaciowo i muzycznie w ujęciu niemieckiego tenora Magnusa Dietricha pozostawał bez zarzutu.

Skoro wspomniałem już Marcelinę, to za sprawą jej chińskiej odtwórczyni Ying Fang dosłuchałem sie, ile w jej partii jest wdzięcznych momentów, łącznie z dyskretnymi, filigranowymi, jak ona sama, koloraturami w duecie z pomienionym Jaquino Jetzt, Schätzchen, jetzt sind wir allein, w którym pojawiają się dodatkowo onomatopeiczne reminiscencje z duetu tytułowego Figara i Zuzanny Cinque… dieci… venti… trenta podobnie otwierającego operę Mozarta, tyle że występujące tam dzwonki zastąpiono tu pukaniem. Również aparycja śpiewaczki była pełna wdzięku.
Przyznam się, iż moją niechęć budzą role spodenkowe, kiedy młodego chłopca udaje dojrzała kobieta z sempiterną niczym krakowski barbakan, dodatkowo jeszcze wyeksponowaną za sprawą nieprzyjaznego kostiumu. Co prawda w tym przypadku en travesti jest fabularnie uzasadnione koniecznością występowania pierwotnie tytułowej bohaterki w męskim przebraniu (Leonorę ostatecznie wyparło przybrane imię Fidelio), Gdy przestałem na to zwracać uwagę, mogłem skupić się na sztuce wokalnej Lise Davidsen.
To głos świetnie ustawiony, do którego nie wkrada się nic niepożądanego, żaden cień wibrata, a za to artystka potrafi nim operować z dużą wrażliwością artykulacyjną i dynamiczną, zarówno w arii z towarzyszeniem rogów Komm, Hoffnung, lass den letzten Stern, jak i w dramatycznym duecie z Rocco Nur hurtig fort, nur frisch gegraben, w którym na tle skandowanej partii tego pierwszego rozwija się kantylena Leonory, a w którym dosłuchać się można reminiscencji z duetu Orfeusza i Eurydyki opuszczających Hades w operze Glucka.

W moim odczuciu arii gniewu Ha, welch ein Augenblick!, w którym Pizarro, złowieszczy naczelnik więzienia kryjącego Florestana, męża Leonory, roztacza swoje zbrodnicze wizje, w ujęciu Tomasza Koniecznego zabrakło oczekiwanego demonizmu.
Za to umiejętności wokalnego aktorstwa, polegającego na charakterystyce postaci za pomocą tembru i jego zróżncowanych odcieni, śpiewak dowiódł w następującym duecie z Rocco Jetzt, Alter, jetzt hat es Eile! oraz w dramatycznych ustępach drugiego aktu - kwartet Er sterbe! Doch er soll erst wissen. Mimo że Florestan pojawia się dopiero w drugim akcie, to jest to jedna z najbardziej forsownych partii przeznaczonych na tenor bohaterski. Nie lada wyzwaniem dla śpiewaków jest znacznych rozmiarów jego wielka scena Gott, welch Dunkel hier!, której w pełni sprostał David Butt Philip, występujący w tej roli w Metropolitan Opera.
Nie sposób nie wspomnieć też o Stephenie Millingu jako Don Fernando, postaci pojawiającej się pod koniec akcji przede wszystkim z powodu konieczności rozwikłania dramatycznej intrygi (niczym późniejszy książę Otokar w Wolnym strzelcu), w którą jednak tchnął życie ten duński bas. Nad całością od strony muzycznej pieczę sprawowała fińska kapelmistrzyni Susanna Mälkki.
Wykazała się szczególną wrażliwością w ustępach symfonicznych, a więc plastycznie zarysowując materiał tematyczny składający się na zwartą uwerturę oraz roztaczając mroczny klimat wstępu do drugiego aktu, odmalowującego grozę lochu z uwięzionym Florestanem i stanowiącego wprowadzenie do wielkiej sceny z jego udziałem.

Nieco humorystyczne wrażenie wywiera natomiast finałowa apoteoza wolności, kiedy oswobodzeni więźniowie, żołnierze i cywile, ofiary i oprawcy dają upust radości, infantylnie podskakując i łącząc się w pary wirujące w tańcu, podczas gdy w tle, na konnym pomniku, z którego strącono upadłego politycznie jeźdźca, dokonuje się egzekucja Pizarra. Gdy na niezbyt stabilnym elemencie dekoracji zakładano Tomaszowi Koniecznemu pętlę, drżałem, by nie doszło do jakiegoś nieszczęścia, jak wcześniej, kiedy Lise Davidsen i René Pape schodzili do lochu Florestana po długiej drabince. A w teatrze tym dochodziło już do tragicznych wypadków, których świadkiem był Mariusz Kwiecień, a później sam uległ jednemu z nich.
Lesław Czapliński