Nasza elita recenzencka zastanawia się czy w najnowszym spektaklu Aidy mamy realistycznie pokazaną prawdę o starożytnym Egipcie w konflikcie z Etiopią, czy też to co widzimy na scenie zupełnie abstrahuje od prawdy muzealnej, a skupia się na emocjach czysto ludzkich.
Tymczasem problem tkwi gdzie indziej i przyjmuje barwy czerni i złota, dominujące w kostiumach, charakteryzacji i dekoracjach. Mało kto potrafi sobie wyobrazić jak wyglądała starożytność na tych terenach, także Verdiemu ukazała się wizja na miarę jego możliwości kreacyjnych.
I niezależnie od prawdy historycznej była to wizja wspaniała. Taka też wyszła do nas Aida w Operze Krakowskiej. Była powalająca, monumentalna, groźna, ale zarazem wzruszająca i pełna rozmachu. Scena pięknej i nowoczesnej Opery pod Wawelem nie należy do największych, tymczasem sądząc po wrażeniu jakie wywarły na nas poruszające się i przytłaczające ogromem elementy architektoniczne budziły podziw surowością i zarazem lekkością, z jaką kilku ubranych na czarno „posługaczy” przesuwało kolosalne bryły niewiarygodnie wysokich budowli. Inżynierowie zastanawiają się do dziś w jaki sposób budowniczowie egipskich piramid potrafili wtoczyć ważące setki ton bloki skalne na wysokie piętra. Budowniczowie sceny w Krakowie pokazali, pod kierownictwem scenografa Domenico Franchi, jak to się robi.
Ale to tylko jeden z „cudów świata”. Drugim „cudem” był poziom muzyczny i wokalny przedstawienia, przy którym nawet Aidy zagraniczne siadają. Nie możemy się odwołać do prapremiery operowej na otwarciu Kanału Sueskiego, ale gdyby ktoś planował Aidę na ponowne otwarcie Kanału Panamskiego, to powinien zaprosić ten krakowski zestaw solistów, a nie szukać ich w Nowym Jorku, Wiedniu czy Londynie.

Postać tytułowa wykreowana przez Oksanę Nosatovą jest bliska ideału. Doskonałość emisji, kryształowość, siła a zarazem delikatność głosu w sekwencjach lirycznych, to śpiew najwyższej próby. Sopranistka, która występowała w ukraińskim Doniecku teraz objeżdża najważniejsze sceny Zachodniej Europy kreując czołowe partie. Jej konkurentką do serca Radamesa jest Olesya Petrova, równie znakomita mezzosopranistka, świetnie przygotowana w Rosji, z typowo altowo brzmiącymi dołami, ale i możliwością wspięcia się na wysokie dramatyczne tony.
Tu już słyszymy nieco wysilenia – forsowania, ale w swym rozdarciu uczuciowym Amneris może sobie pofolgować. Tym bardziej, że artystka już wspięła się na szczyt Metropolitan Opera. Jej agentka, też Rosjanka, skierowała również do Krakowa Radamesa, Gruzina z Kutaisi, doszkalanego w moskiewskim Bolszoj, reklamowanego jako tenor bohaterski, a taki powinien śpiewać w Aidzie.
Troje artystów reprezentuje zatem „blok wschodni”, jeśli nie liczyć śpiewającego cztery takty Posłańca, pochodzącego z Ukrainy Wasyla Grocholskiego, solistę Opery Krakowskiej. Znakomicie reprezentowany jest również „blok zachodni”, bo Amonasro – Mikołaj Zalasiński znany jest w teatrach od Chicago po Tokio, nie mówiąc o scenach europejskich, a w Aidzie pokazał swoje nadzwyczajne kwalifikacje wokalne i aktorskie.

I wreszcie jako wisienka na torcie pojawia się Rafał Siwek, ozdabiający spektakl swoim basem, który znają na całym świecie. Osobną grupę stanowią artyści miejscowi, którzy sprawują role mniej eksponowane. Do partii Faraona zaangażowano Sebastiana Marszałowicza, który chce iść drogą Wiesława Ochmana, bo jako pierwszą uczelnię ukończył Akademię Górniczo-Hutniczą.

Nie jest jednak tenorem i dlatego jest mu trudniej. Głos ma dobry, trzeba jeszcze popracować nad jego wyrównaniem. Podobne zainteresowania naukami bardziej ścisłymi wykazała absolwentka m.in. Politechniki Rzeszowskiej Paula Maciołek, której powierzono rolę Kapłanki, gdzie wykazała się głosem pewnym, brzmiącym i uduchowionym. Całość przedstawienia wyreżyserowanego przez Giorgia Madię była w rękach Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego prowadzącego Orkiestrę Opery Krakowskiej oraz powiększony chór.
Kapelmistrz świetnie potrafił wyłonić z zespołu instrumentalne smaczki, choć nie ustrzegł się np. spadku formy solowych skrzypiec, które zagrały dosyć niepewnie pierwsze dźwięki piano pojawiające się w operze.
Można mieć też zastrzeżenia do męskiej części chóru, który niezbyt ładnie „pokrzykiwał” w scenach pełnych patosu, a w scenie sądu nad Radamesem śpiewanej na przemian z Arcykapłanem (Rafałem Siwkiem), nie trafiał precyzyjnie na podawany przez niego dźwięk, co spowodowało nawet upadek batuty dyrygenta, jednak tylko na chwilę.
Ale to są drobiazgi niemające zasadniczego wpływu na całościowy odbiór opery. Z ciekawszych pomysłów scenicznych wymienić należy jeszcze układy taneczne w wykonaniu baletu przygotowanego przez tego samego Giorgia Madię, bo zobaczyliśmy np. stworzoną przez tancerzy żwawo posuwającą się stonogę. A oczywiście defilady zwycięskich wojsk w trakcie słynnego Marsza Triumfalnego też nie były do pogardzenia. Twórców przedstawienia nie skusiły na szczęście żadne wydarzenia aktualne, choć tu i ówdzie wojna jeszcze trwa, a i w kraju nastroje są jakby bojowe. Warto jednak od czasu do czasu oderwać się od marnej rzeczywistości i poszybować w niebiosa z piękną muzyką.
Joanna Tumiłowicz