Od wielu lat podążam śladami miejsc w których mieszkała i występowała Marcella Sembrich-Kochańska. Tym razem postanowiłem odwiedzić Barcelonę i Gran Teatre del Liceu. Był to mój pierwszy pobyt w Hiszpanii, którą jestem bardzo zauroczony.

Wspaniała pogoda (koniec lutego), pomarańcze na drzewach, Sagrada Familia, Park Güell, Domy Gaudiego, Muzeum Picassa, Muzeum Morskie z Królewską Galerą, Oceanarium i widok na Barcelonę z kolejki linowej na Montjuïc oraz mieszkańcy Barcelony, ciągle się przyjaźnie uśmiechający na ulicy, w autobusach i metrze. Do tego wszystkiego, jeszcze akcenty polskie, bo los się do mnie uśmiechnął i oglądałem w Barcelonie półfinałowy mecz o Puchar Króla: FC Barcelona-Atletico Madryt z udziałem Wojciecha Szczęsnego i Roberta Lewandowskiego (4:4).

Celem mojej podróży były odwiedziny Gran Teatre del Liceu, który jest przy ulicy Rambli. Teatr powstał poprzez rekonstrukcję dawnego klasztoru Trynitarzy i został uroczyście otwarty 4 kwietnia 1847 roku. Pierwsi widzowie z ciekawością przechadzali się po wnętrzach nowego i okazałego gmachu, który stał się najważniejszym teatrem w Hiszpanii i szybko znalazł się wśród najlepszych w Europie. Stał się symbolem Barcelony. Na przestrzeni lat był dwukrotnie zniszczony przez pożary w 1861 i 1994 roku. Po nich ocalała jedynie fasada, foyer oraz część hali wejściowej. W 1999 udało się zakończyć po raz kolejny jego odbudowę zachowując dawny układ i wystrój. Obecnie teatr jest własnością państwa, a zarządza nim Fundacja Teatru Liceu. Aktualnie jest jednym z najznakomitszych teatrów operowych świata z widownią liczącą prawie dwa tysiące trzysta miejsc. Z teatrem związane jest też Konserwatorium Muzyczne Liceu.
Marcella Sembrich-Kochańska po raz pierwszy w Hiszpanii wystąpiła w Madrycie w 1882 roku. Zadebiutowała, tak jak miała w zwyczaju, tytułową rolą w Łucji z Lammermoor. Następnie wystąpiła w Hamlecie Ambroise Thomasa i Traviacie Giuseppe Verdiego.

Wychodząca 20 października z Teatro Real po Traviacie z jej udziałem publiczność powtarzała „To jest śpiewanie!”, a za nią powtarzali to wszyscy krytycy. Warto przypomnieć, że wtedy muzykę Traviaty uważano za najgorszą ze wszystkich oper, jakie do tego czasu napisał Verdi. Z loży monarszej przedstawienie to oglądały Królowa Hiszpańska Maria Krystyna ze swą matką, i Wielka Księżna Izabela. Pożegnalny wieczór występów Sembrich w Teatro Real miał miejsce 25 listopada.
Na jego program, złożyły się: II akt Proroka Meyerbeera, scena i rondo z Lunatyczki, IV akt Hamleta, aria z Czarodziejskiego fletu (bisowana) i Serenada napolitana Emila Paladilhe’a. Na koniec zabrzmiały pierwsze akordy hiszpańskiej Malagueñi, co publiczność przyjęła z wielką radością. Sembrich, jak pisano, „z przeczystą dykcją i andaluzyjską gracją” zaśpiewała pieśń, po czym zmuszona była powtórzyć Malagueñę aż trzy razy. Na koniec wręczono jej kwiaty i dary.

Kolejny kontrakt, tym razem na występy w Barcelonie był korzystny, opiewał na 4-6 przedstawień w Teatro de Liceo w grudniu 1884 roku. Przyjechała tu prosto ze stolicy Francji, mimo groźby długiej kwarantanny na granicy z Hiszpanią wobec grasującej wtedy w Europie epidemii cholery. Z późniejszych wspomnień artystki wiadomo, że zadebiutowała w Barcelonie wyjątkowo Traviatą, a przedstawienie wypadło dobrze. Jednak w następnym, Łucji z Lammermoor, partnerem jej był baryton, którego publiczność nie chciała słuchać: zaczęła syczeć, krzyczeć, i hałasować.

W II akcie Sembrich tego nie zniosła; zeszła ze sceny zrywając spektakl, i cały kontrakt. W dzienniczku, gdzie odnotowywała wszystkie występy, zapisała (ponoć jedyny raz) „fiasco”. Następnie wyjechała do Madrytu, a kolejnym etapem podróży była Lizbona (styczeń-luty 1885). Spotkały ją tam i spadły na nią (dosłownie) wyjątkowo oryginalne objawy hołdu składane operowej gwieździe. Do Madrytu z występami wróciła jeszcze w 1890 roku, ale o tym przy innej okazji. W czasie pobytu w Barcelonie chciałem być w Gran Teatre del Liceu na takim spektaklu, w którym kiedyś występowała Marcella Sembrich-Kochańska.
Niestety, tak się nie stało, bo w tym czasie kiedy byłem, w reperuarze teatru było Requiem Wolfganga Amadeusa Mozarta. Skorzystałem z zaproszenia dyrekcji Teatru, za co bardzo dziękuję, mając w pamięci liczne występy Marcelli Sembrich-Kochańskiej w operach Mozarta. Jak pamiętamy Requiem zostało ukończone przez Franza Xaverego Süssmayera, ucznia i asystenta przy tworzeniu dwóch ostatnich oper Mozarta – Łaskawość Tytusa i Czarodziejski flet, z powodu przedwczesnej śmierci kompozytora.

Spowodowało to, że dzisiaj trudno jednoznacznie ocenić genezę powstania tego wyjątkowego dzieła, co jest powodem do wielu spekulacji, mitów, legend i plotek. Obecne w repertuarze dzieło Mozarta w Gran Teatre del Liceu nie zostało przedstawione w wersji koncertowej tylko teatralnej. Zostało ono dodatkowo wzbogacone o fragmenty muzyczne innych utworów sakralnych kompozytora.

Reżyser Romeo Castellucci stworzył teatr będący syntezą genialnej muzyki Mozarta i obrazów będących rzeźbą, malarstwem, czy architekturą. Opowiada o barwności i dostojności życia, przemijaniu istnienia i śmierci, która jest tajemnicą. Warto tu przypomieć co Mozart napisał w Wiedniu 4 kwietnia 1787 roku w ostatnim liście do ojca: Śmierć, jeśli się dobrze zastanowić, jest prawdziwym i ostatecznym celem naszego życia. A ja już od kilku lat tak zżyłem się z tą prawdziwą i najlepszą przyjaciółką człowieka, że dla mnie wcale nie jest przerażająca, przeciwnie – uspokajająca i pocieszająca! Uważam to za wielkie szczęście i dziękuję Bogu, że pozwolił mi uświadomić sobie, że śmierć jest kluczem do szczęśliwości prawdziwej. Papa mnie rozumie.
Wydaje się, że słowa Mozarta o życiu i śmierci były punktem wyjścia dla interpretacji przez Romea Castellucciego, reżysera, scenografa, projektanta kostiumów i oświetleniowca, tego wyjątkowego Requiem. Chyba jednak nie znalazł jednoznacznej odpowiedzi na pytanie skąd się bierze ludzki lęk przed śmiercią i odchodzeniem, ale skutecznie przemówił przez piękno wizualne do wyobraźni widza, szczególnie w teraźniejszości, kiedy nasza wrażliwość jest ikonograficzna, wirtualna a nie zmysłowa. Interpretowane w ten sposób dzieło nie zatraciło swoich walorów, przeciwnie, nie było tylko pożegnalnym lamentem, ale stało się nadzieją na odrodzenie istnienia.

Dzięki świetnemu wykonaniu muzyki przez orkiestrę pod dyrekcją Giovanniego Antoniniego i chórowi, którym kieruje Pablo Assante, można je było przeżywać jeszcze bardziej zmysłowo niżby w wykonaniu tylko koncertowym. Siłę takiego oddziaływania wzmacniał również kwartet solistów: Anna Prohaska (sopran), Marina Viotti (mezzosopran), Levy Sekgapane (tenor) i Nikola Ulivieri (bas).
Ich głosy miały odpowiednią moc i przejmująco brzmiały w solowych ariach i dobrze harmonizowały ze sobą we fragmentach ansamblowych. Warto tu wspomnieć, że chór Gran Teatre del Liceu, istnieje od 1847 roku i cieszy się od prawie 175 lat wielkim uznaniem w świecie operowym, a jego prestiż od podstaw budowali tacy mistrzowie jak: Arturo Toscanini, Richard Strauss, Pietro Mascagni, Igor Strawiński, Manuel de Falla i wielu innych. Wolfgang Amadeus Mozart był kompozytorem bardzo bliskim Marcelli Sembrich-Kochańskiej.
W swoim repertuarze miała jego cztery opery: Uprowadzenie z seraju (Konstancja), Wesele Figara (Zuzanna), Don Giovanni (Zerlina) i Czarodziejski flet (Królowa Nocy). Co ciekawe była pierwszą wykonawczynią roli Konstancji, Zerliny i Królowej Nocy na scenie Metropolitan Opera w Nowym Jorku.

Z okazji 200. rocznicy śmierci Wolfganga Amadeusa Mozarta w dalekiej Tanzanii został doceniony udział Marcelli Sembrich-Kochańskiej w jego operach. W roli Zerliny została upamiętniona w serii trzech znaczków pocztowych, gdzie jest obok alegorii Symfonii „Jowiszowej“ Mozarta i Luciano Pavarottiego wydanej z tej okazji (...). Żegnając się z Gran Teatre del Liceu, pamiętałem również o tym, że na tej scenie występował zespół baletowy Siergieja Diagilewa z Wacławem Niżyńskim – polskim Bogiem Tańca!
Juliusz Multarzyński