To zależy, kto wypowiada tę formułę. W moich ustach to fałsz. Spektakl Faustyna. Falsyfikat (reż. Ewa Galica) na małej scenie Łaźni Nowej (7 lutego) rozgrywa się jednocześnie na kilku planach: rzeczywistym i wizyjnym czy wyobrażonym.
Dochodzi do mniej lub bardziej dosłownych epifanii św. Faustyny i samego Jezusa, dla którego stanowi ona sui generis medium. Po raz pierwszy interweniuje podczas oprowadzania pielgrzymów po jej rodzinnym domu, zstępując z galerii sznurowni, za drugim razem objawia się młodemu człowiekowi, dotąd maminsynkowi i namiętnemu graczowi komputerowemu, i dochodzi do ich wzajemnej, wspólnej inicjacji. O tym, że obsesje religijne są pochodną niezaspokojenia seksualnego wiadomo od czasów Freuda.
Mariusz Gołosz, autor scenariusza, podczas spotkania z twórcami po spektaklu przyznał, iż tak to rozumie. Pytanie tylko, czy warto tej dość oczywistej konkluzji poświęcać cały spektakl? Z kolei młoda malarka o tym samym imieniu spotyka Jezusa w dyskotekowej toalecie, pod wpływem czego poświęca się wykonywaniu jego wizerunków.
Albowiem może On pojawić się w najmniej spodziewanych miejscach, tylko należy mieć „oczy“ lub „umysł“ otwarty, by to dostrzec. Jawi się On nie niejako wszechmocny Bóg, lecz podporządkowany jest jakiejś bliżej nieokreślonej, niezależnej od Niego sile (Fatum, rta, a może kościołowi, który uzurpuje sobie prawo do bycia jedynym strażnikiem prawdy o Nim, nawet wobec Niego samego).

Sądzę, że o wiele bardziej interesującym w tej dekonstrukcji mitu św. Faustyny mogłoby być spojrzenie na fenomen świętości jako rodzaj transgresji, stanowiącej problem dla instytucjonalnych form religii, o czym przekonuje opowieść Dostojewskiego o Wielkim Inkwizytorze, który dla dobra kościoła musiałby poświęcić Jezusa w razie jego paruzji czyli ponownego przyjścia, zapowiadanego skądinąd przez Biblię.
Podobnie było z przyszłymi świętymi, niekiedy oskarżanymi wręcz o herezję, co w przypadku Joanny d'Arc skończyło się jej spaleniem na stosie. To samo było zresztą w świecie islamu z niektórymi sufimi, ginącymi w okrutnych okolicznościach, czy w końcu z Jezusem oskarżonym o bluźnierstwo.
A Faustyna uznawana była za osobę niezrównoważoną psychicznie, na dodatek nieprzestrzegającą hierarchicznej organizacji kościoła, zgodnie z którą niżej w niej usytuowanych obowiązuje bezwzględne posłuszeństwo wobec przełożonych. Wiąże się to z faktem, iż według teoretyków religii obcowanie z sacrum jest niebezpieczne.

Przedstawienie jednak poprzestaje na ukazaniu świętości jako infantylnej, naiwnej dewocji - przywołany ksiądz w jej domu rodzinnym używa sformułowania „święta Faustynka“. Ale to nie ja jestem twórcą tego przedstawienia... ... i należy pogodzić się z ich wyborem określonej koncepcji, a co najwyżej śledzić można stopień zgodnego z nią scenicznego urzeczywistnienia. W spektaklu bierze udział troje aktorów, jeśli nie liczyć dwóch maszynistów sceny przebranych za zakrystianów. W związku z tym każde z nich gra po kilka postaci, płynnie przechodząc pomiędzy nimi.
Wymaga to niemałej wirtuozerii oraz instrumentalnych umiejętności. Najlepiej z tym zadaniem poradzili sobie Mateusz Flis wraz ze zmianami stroju przedzierzgający się z księży: oprowadzającego pielgrzymów oraz przychodzącego z kolędą do domu współczesnej Faustyny, w Jezusa i samotnego chłopaka, oraz Katarzyna Krzanowska w rolach podwójnej matki tego ostatniego oraz malarki Faustyny, galerniczka.

Niektóre sekwencje spektaklu sprawiają wrażenie jakby aktorskich etiud, kiedy na przykład Jezus z dyskoteki przybiera różne pozy na potrzeby malarki. Z kolei, gdy ta ostatnia w osobie Agnieszki Sawickiej, klęcząc, bez końca odmawia Koronkę do Miłosierdzia Bożego, można odnieść wrażenie, że to forma otwartego zakończenia i tylko od publiczności zależy, kiedy za sprawą oklasków ono nastąpi, uwalniając zarazem aktorkę z zapętlonej sytuacji.

Spektakl posiada też wiele efektownych scen pod względem widowiskowym, na które składają się wspomniane zstępowanie z niebiosów (czytaj: galerii) i wstępowanie wzwyż, a także rozbłyski stroboskopowych świateł (chor. i światła: Andrzej Michalski). Na ile do pewnego stopnia przykrywają brak sprecyzowanego celu, do czego zmierzać miały historie przywołane w przedstawieniu?
Lesław Czapliński