Antonín Dvořák przybył do Nowego Jorku w 1892 roku, by pokierować tamtejszym konserwatorium. Efektem trzyletniego pobytu była ostatnia, dziewiąta Symfonia e-moll op. 95 „Z Nowego Świata“, a więc o znaczącym numerze, od czasów Beethovena uważanym za nieprzekraczalny w przypadku tej cyklicznej formy muzycznej. Ukłon wobec dzieła wiedeńskiego klasyka stanowi główny motyw Scherza, nawiązujący pod względem rytmicznym do tamtego i o tym samym oznaczeniu tempa jako Molto vivace.
Tematy skrajnych ogniw charakteryzuje natomiast szeroki „oddech“ melodyczny i instrumentacyjny oddający bezkres przestrzeni tytułowego Nowego Świata, w finale zaś pojawia się dodatkowo nuta nostalgii. Błyskotliwa kariera dyrygencka Jarosława Szemeta, co prawda nie pobije rekordu Roberta Benzi, który zadebiutował w wieku sześciu lat jako cudowne dziecko z batutą, ale i tak zaczął wcześnie jako trzynastolatek z orkiestrą Średniej Szkoły Muzycznej w rodzinnym Charkowie.
Przed półtora roku miałem okazję usłyszeć wykonanie tego dzieła pod jego dyrekcją z zespołem Filharmonii Śląskiej, na czele którego stoi od czterech lat. Mam zatem skalę porównawczą. Jak zawsze w nienagannie skrojonym fraku idealnie leżącym na smukłej sylwetce, bez zbędnej choreografii na podium, poprowadził symfonię z pamięci, choć na pulpicie, na wszelki wypadek, leżała zamknięta partytura.
Szerokim gestem zarysowując potęgę brzmienia ze szczególnie eksponowaną blachą, oraz monumentalizm formy, mniej uwagi poświęcając detalom, a także kontrastom agogicznym, które budują dramaturgię, w tym allentandom powstrzymującym muzyczny przebieg. W znacznej mierze wykonanie obliczone było na efekt, na który wskazywało crescendo w zamykającej kodzie.

Największe wrażenie w ujęciu kapelmistrza wywarło wszakże Largo, swoisty rodzajowy obraz dźwiękowy z dialogami fletu z fagotem oraz z obojem, a w którym dochodzą do głosu inspiracje muzyką indiańską oraz murzyńską, na których, zdaniem Dvořaka, oprzeć się powinien narodowy styl amerykański. Do drugiego źródła odwoła się Amerykanin, który przedsięweźmie muzyczną wyprawę do Paryża. Czy mógł studiować u Dvořáka? Raczej nie, bo faktycznie będący nim George Gershwin urodził się trzy lata po wyjeździe tamtego z Nowego Jorku, za to do Paryża przyjechał w 1926 roku.
Na przełomie lat 20. i 30. ubiegłego stulecia modne były filmowe symfonie wielkich miast (Berlina, Moskwy, Tokio), za sprawą montażu, poprzez powtarzanie pewnych ujęć czy ich całych fraz, a także łączenie ich ze względu na występujący w nich rodzaj ruchu i jego rytm, nadające pierwotnie dokumentalnemu materiałowi cech autonomicznych kompozycji wizualnych. Z kolei muzycznym obrazem Paryża jest poemat symfoniczny Amerykanin w Paryżu George'a Gershwina, w którym nadsekwańska stolica przybyszowi z Nowego Świata jawi się jako zgiełkliwa metropolia z odgłosami klaksonów w inicjalnym temacie.
Odpoczynkiem od tego okazuje się wizyta w lokalu z jazzbandem, stąd środkowy ustęp przybiera swingującą postać z trzema saksofonami koloryzującymi orkiestrowe brzmienie. Jarosław Szemet podczas koncertu z krakowskimi filharmonikami 28 lutego postawił przede wszystkim na żywiołowość, o stronę liryczną zadbała zaś Joanna Konarzewska w przeznaczonych na skrzypce solach. Wracając do Amerykanina, czy wybrał się wieczorem do sali Pleyela i zdziwił się, że nawet w niej do muzyki zakrada się blues?

Ta wizyta była nieprzypadkowa, bo chciał posłuchać kompozycji podziwianego przez siebie Maurice'a Ravela, u którego planował podjąć naukę. Co prawda jego Koncert fortepianowy G-dur powstanie dopiero za pięć lat, ale w skrajnych ogniwach daje z kolei znać fascynacja francuskiego kompozytora jazzem. W grze Christophe'a Alvareza zabrakło mi motorycznej drapieżności w ramowych: Allegramente i Presto, a w środkowym, nokturnowym Adagio assai poetyckiego zamyślenia.
Francuski pianista zachowywał zdystansowanie i klasyczny umiar, posługując się dźwiękiem mało zróżnicowanym dynamicznie. Również zagrane na bis Światło księżyca Claude'a Debussyego nie igrało barwnymi refleksami. Tym razem to Jarosław Szemet koncentrował się w partii orkiestrowej Koncertu Ravela na instrumentacyjnych szczegółach jak kadencja harfy w Allegramente czy wejścia fletu, klarnetu i rożka angielskiego w przywołanym Adagio, rekompensując w ten sposób akademicką powściągliwość solisty.
Lesław Czapliński