Jak wyglądało pierwsze wykonanie Koncertu f-moll w salonie Chopinów? Źródła podają, że pianiście towarzyszyła niewielka orkiestra pod dyrekcją Karola Kurpińskiego. A jaki był skład orkiestry? Na pewno musiały być smyczki, może jakiś instrument dęty, flet, klarnet...
Istnieje anegdota, którą opowiadał Andrzej Boreyko, poprzedni dyrektor Filhamonii Narodowej. Wynika z niej, iż na próbie przed koncertem waltornista dostrzegł, że nic istotnego nie ma do zagrania i wyszedł przed końcem. Kompozytor zawsze skory do żartów w ostatniej chwili dopisał waltorni przed kodą krótki fanfarowy sygnał na samych tonach harmonicznych, który w ogóle nie ma żadnego uzasadnienia tematycznego w tym Koncercie.
Kiedy ów niezdyscyplinowany muzyk zjawił się podczas prawykonania w salonie państwa Chopinów zdębiał widząc ten nieoczekiwany hejnał w swoich nutach. Może dlatego do dziś wielu waltornistów gorszego sortu w tym miejscu nerwowo kiksuje w ostatniej części Allegro vivace. I teraz po 215 latach od urodzin Fryderyka Chopina postanowiono powtórzyć taką salonową wersję Koncertu f-moll wraz z salonową wersją Koncertu e-moll. Tym razem obeszło się bez waltorni.

Kevin Kenner przy fortepianie historycznym pojawił się w towarzystwie renomowanego Quatuor Mosaïques oraz Grzegorza Frankowskiego wraz z jego kontrabasem, zaś fanfarowy sygnał zagrał na wiolonczeli Christophe Coin. Transkrypcji partii orkiestrowej do wykonania obu koncertów dokonali wspólnie Kevin Kenner i Krzysztof Dombek.

W celu pogłębienia brzmienia tego kameralnego zespołu solowa partia fortepianu została poszerzona o wspomaganie kwintetu smyczkowego w tych częściach, gdy w oryginale gra tylko orkiestra. Dla ucha przyzwyczajonego do wykonań z orkiestrą symfoniczną był to istotny element wyrazowy. Zabytkowy instrument został zresztą umieszczony z tylu, za smyczkowcami i niewiele osób widziało, że solista gra nie tylko „swoje". A jak gra? Wspaniale. Można przyłączyć się do tych głosów, które były niezadowolone z wyników Konkursu Chopinowskiego w 1990 roku.
Kevin Kenner zwyciężył w Konkursie, ale otrzymał II nagrodę a pierwszej nie przyznano nikomu. Teraz maestria, delikatność, finezja, błyskotliwość dawały wszystkim próbkę chopinowskiego stylu najwyższej próby.

Wielodźwiękowe pasaże i ozdobniki pojawiały się w partiach solowych jak czarujące mgiełki, zaś fortepian historyczny w żadnym momencie nie był narażony na brutalne uderzenie, które skutkuje dzwonieniem strun i wibracjami. Transkrypcja salonowa pozwoliła dokładnie przysłuchać się rozłożeniu akcentów muzycznych obu wczesnych dzieł naszego kompozytora i podziwiać dialogi instrumentu solowego z wiolonczelą.

Dobrze też przysłużył się całości dyskretny udział kontrabasu, niekiedy odzywający się pizzicato, ale w większości grający arco. Publiczność dużą salę filharmoniczną wypełniła niemal do ostatniego miejsca, choć była to przecież muzyczna, salonowa ciekawostka. Przyszło wielu nowicjuszy, którzy po pierwszych częściach Koncertów wywoływali oklaski, a na zakończenie odbył się tzw. „stojak”. To wszystko jest zachętą do rozpoczynających się po wakacjach zmagań konkursowych, gdzie emocje muzyczne i pozamuzyczne z dnia na dzień wzrastają.
Joanna Tumiłowicz