Ze szkoły podstawowej zapamiętałem niewyszukany żart uczniowski, że "Moniuszko zajrzał pod halkę i zobaczył straszny dwór". A co zobaczyła Anna Obszańska? Rzecz zaczyna się, niczym w niegdysiejszych Dziadach Konrada Swinarskiego, w westybulu.

Przy dochodzących z głośników dźwiękach wstępu do Wagnerowskiego Złota Renu niepostrzeżenie przechodzącego w Moniuszkowską intradę do Strasznego dworu, u szczytu schodów rozbłyskują światła, wędrują po portrecie Heleny Modrzejewskiej. Wniesione zostaje pokiereszowane ciało Zbigniewa, wspinającego się po stopniach, by zyskać błogosławieństwo na ostatni bój od Cześnikowej obsadzonej w roli Matki Polki, by zaraz potem polec, staczając się ze schodów. Zresztą w podobnej sytuacji powróci pod koniec przedstawienia.
Dekonstrukcja Strasznego dworu jako heroicznego mitu dla pokrzepienia serc (scenariusz Macieja Podstawnego), wbrew zapowiedzi nie obejmuje jedynie libretta Jana Chęcińskiego, ale i muzykę Stanisława Moniuszki. Poszczególne numery, w mniej lub bardziej ułomnej formie: skróconej lub zmontowanej z kilku, pojawiają się mniej więcej w porządku chronologicznym, właściwym dla pierwowzoru.
A zatem następują po sobie W cichym domku, Wszakże strzały były dwa ze śmiechem niczym echo kupletów barona Firuleta z Operetki Gombrowicza, Ten zegar stary, Któraż to któraż tej ziemi córaz nawet quasi-koloraturami. Plotą się ze sobą i powtarzają, nadając przedstawieniu repetytywny charakter, a przy Wstydź się, wstydź/Przelewałeś w boju krew/Taki żołnierz, taki lew pojawia się utrzymana w takiej formie fortepianowa ilustracja muzyczna (Małgorzata Penkalla).
W dawnej sali redutowej, dokąd przenosi się akcja, by mówiąc słowami Mickiewicza "przypomnieć ojców dzieje...", przywołane zostają znane z tej opery postacie, tworzące misterium narodowych widm. Nie zapominajmy, że jesteśmy w NARODOWYM Teatrze Starym z jego tradycją wystawieniczą polskiej klasyki, a co za tym idzie wywoływania tego rodzaju upiorów, zaludniających i dręczących w ten sposób ukształtowaną zbiorową pamięć. Swoiste polskie the Rocky Horror Picture Show.
W zautomatyzowany sposób powtarzają one czynności i sytuacje w jakich zastała je lub dopadła śmierć i na zawsze w nich unieruchomiła. Składają się tym samym na martyrologiczne imaginarium, współtworzone między innymi przez obrazy Jana Matejki, ale i Andrzeja Wróblewskiego.

A więc Stefan przebity na wylot kilkoma szablami, układającymi się zarazem na wzór huzarskich skrzydeł (znów daleki refleks Swinarskiego, tym razem Wyzwolenia), później podobnie wraz ze Zbigniewem nienaturalnej wielkości mieczami, Skołuba, którego emblematami są klucze przypięte z tyłu jego kostiumu, córka Miecznika w ślubnym stroju i z pobieloną twarzą (kost. Mateusz Jagodziński), która nie zaznała miłości i w chorobliwym pożądaniu splata się w uścisku ze Zbigniewem, przywodząc na myśl pospołu Zosię z Dziadów, Leę z Dybuka i Mańkę ze Ślubu, pastuch Grześ, obiekt sadystycznych nadużyć ze strony dziedziców, a którego znakiem rozpoznawczym stają się karmione przezeń drewniane kaczki na patyku i kółkach...

Za sprawą Zbigniewa, uginającego się pod ciężarem niesionej na plecach reprodukcji Bitwy pod Grunwaldem, przywołany zostaje wątek mesjanistycznej ofiary jako rodzaj do pewnego stopnia błazeńskiej Golgoty na podobieństwo Konrada dźwigającego miotłę z nie mniej sławnej inscenizacji Dziadów Jerzego Grotowskiego w opolskim Teatrze 13 Rzędów.
Na koniec przychodzi czas na wywierający szczególne wrażenie rozstrzelany mazur, którego figury kreśli potem w nieskończoność, jakby w śmiertelnym zapamiętaniu, prawie nagi Zbigniew, co jakiś czas ustrzelony i kontynuujący ten paroksyzm, co przywodzi na myśl teatralne wizje Tadeusza Kantora, ale i zakończenie Życia snem w inscenizacji Jerzego Jarockiego z wykonującym baletowe pas Krzysztofem Globiszem, skądinąd pojawiającym się jako Miecznik.

Nie zapieje kogut, lecz z tego chocholego tańca uwolni go dopiero chłopiec z piłką, wolny od obciążeń i urazów przodków i zapraszający do wspólnej zabawy. Zakończyła się bowiem "straszna ofiara" z teatralnej wędrówki po traumatycznych mitach, a stanowiąca rodzaj egzorcyzmów z nich wyzwalających. W końcu taka była według Arystotelesa źródłowa geneza aktu oczyszczenia w antycznej tragedii.

Nie jestem pewien, czy dostąpiłem za sprawą tego spektaklu katharsis, ale pod względem estetycznym wyniosłem w pamięci "ofiarę" złożoną w tej intencji przez dwoje aktorów: Łukasza Szczepanowskiego jako Zbigniewa, wnoszącego do przedstawienia zarówno rejestr tragiczny, jak i błazeński, a więc rytualnego przedrzeźniania narodowych świętości, oraz Ewy Kolasińskiej w transwestycznej roli Pastucha Grzesia, jedynej w pełni niemej i nawiązującej do emploi z niegdysiejszych teatrów, grania chłopców przez aktorki, często zrastające się z nimi do późnych lat scenicznej aktywności. I koło się zamyka, bo w końcu jesteśmy w STARYM Teatrze!
Lesław Czapliński