Jeden z poprzednich dyrektorów Teatru Wielkiego-Opery Narodowej często powtarzał: Prima la musica. Tym razem też ta maksyma została zjawiskowo spełniona w rzadko granej operze Giuseppe Verdiego Simon Boccanegra. Strona muzyczna jest tutaj bliska ideału. Postacie główne śpiewają jak w najlepszych historycznych nagraniach z legendarnymi gwiazdami opery.
Tytułowy pirat, a później doża, czyli Simon Boccanegra głosem Sebastiana Catany stworzył kreację wokalną najwyższej próby. Jego córkę Marię ukrywającą się pod imieniem Amelii wyśpiewała silnym, świetnie prowadzonym sopranem Gabriela Legun. Postać Fiesca, który ma do wykonania jedyną znaną powszechnie w kołach śpiewaczych arię z tej opery Il lacerato spirito wykreował nasz sztandarowy bas Rafał Siwek, który dał się poznać w całym świecie w ciągu swej 25 lat trwającej kariery. Jest prawdziwy tenor, który ma klasyczny belcantowy głos ukształtowany według najlepszych włoskich wzorców Carusa – to Anthony Ciaramitaro.
I znów świetny Polak Szymon Mechliński, już obeznany z największymi europejskimi scenami operowymi, ostatnio słuchany w Teatro Real w Madrycie, a tutaj również „zabójczo" kreujący rolę czarnego charakteru Paola. Mamy jeszcze trójkę dobrych polskich śpiewaków w drugoplanowych rolach. Do tego tancerze wykonujący abstrakcyjne ewolucje według koncepcji Tomasza Jana Wygody, nawet bez muzyki, no i chór.
A nad wszystkimi króluje Fabio Biondi, któremu trudno byłoby odmówić fachowości w dziedzinie muzyki z Italii i niesamowitej czujności w kierowaniu śpiewakami na scenie i orkiestrą w kanale. Ale przecież nie recenzuję koncertu ani płyty. To jest monumentalne widowisko z gatunku światło i dźwięk, czasami wykraczające elektronicznymi szumami i bulgotami Bartosza Schmidta, nie bardzo pasującymi do muzyki skomponowanej przez Verdiego. Jeżdżą po scenie fantastyczne ogromne dekoracje przypominające nieco film o jakichś zapomnianych albo pozaziemskich cywilizacjach.

To wszystko jest potrzebne aby stworzyć wrażenie wielkiego widowiska i ukryć fakt, że w istocie fabuła opery, która po polsku nazywałaby się Szymon Czarnogęba, jest pełna absurdów i niedorzeczności. Wybrnąć z tego dylematu można byłoby tylko przerabiając ją na operę buffo, w typie Cyrulika sewilskiego, bo tu także jak u Rossiniego para zakochanych dowiaduje się, że największy wróg i kandydat do żeniaczki jest jej ojcem, a inny znów facet – ojcem matki, czyli dziadkiem.
Gdyby te wszystkie włoskie zapewnienia, jak w Cyruliku – La sua madre, suo padre – przyjąć na wesoło, wyszłoby całkiem zabawnie. Tymczasem reżyserka filmowa Agnieszka Smoczyńska, mająca za sobą takie hity, jak Plebania, Na dobre i na złe, czy Córki dancingu, przy pomocy dramaturga i scenarzysty m.in. jeszcze Ostatniej rodziny i Hardkor Disco Roberta Bolesto, postanowili iść właśnie w horror. I z sukcesem poszli.
Są tu rzecz jasna śmieszniejsze momenty, jak np. gdy główny amant ubrany w strój anioła, albo łabędzia, z rozpaczy, że straci ukochaną wyrywa sobie pióra ze skrzydeł, albo gdy umierającego dożę pakują do szklanej szafy, ale od dawna wiadomo, że niektóre żarty nie śmieszą, jeśli się tak umówimy. Polska ekipa składająca się jeszcze ze scenografki Katarzyny Borkowskiej i kostiumolożki Katarzyny Lewińskiej, która przygotowała całą oprawę wizualną podchwyciła i wyzyskała natomiast istotną intrygę społeczno – polityczną umieszczoną w fabule utworu.

Mamy tu bowiem dwie zwalczające się partie, szlachecką i ludową, i dwóch nienawidzących się przywódców. Oba środowiska prą do wojny domowej i nowy doża, czyli ów Szymon Czarnogęba, pragnie narodowej zgody i ją w końcu uzyskuje, choć dopiero po śmierci. Dlatego też myślę, że na Simona Boccanegrę powinni obowiązkowo pójść właśnie teraz politycy wszystkich opcji oraz ich „twarde elektoraty". Może przy natchnionej, umiarkowanie nowoczesnej muzyce Verdiego uzyskaliby jakiś konsensus. Co było do udowodnienia.
Joanna Tumiłowicz