Strzelanie do gołębi nie popłaca. Taki morał wypływa z sympatycznej , krótkiej opery Johna Blowa Venus and Adonis. Przedstawienie nie ma szczególnie zawiłej akcji. Jest to w zasadzie pochwała miłości, choć librecista na początku stawia kilka pytań dosyć banalnych. Wydaje się jednak, że kto jak kto, ale bogini Wenus powinna mieć te sprawy w jednym palcu.
A tu nieszczęście, nie ma happy endu. Ukochany ginie na polowaniu. Nie wszystko więc nam się spodobało, choć widać kilka niezłych pomysłów. Postacie na scenie poruszają się dosyć naturalnie, co już jest osiągnięciem w operze, tym bardziej dawnej. Świetnym rozwiązaniem był półtaneczny pochód chóru, który przechodząc przez scenę „usuwa" w sposób niewidoczny ciało Adonisa.
Wyczuwa się tu rękę Emila Wesołowskiego. Muzyka barokowa w wykonaniu zespołu Polskiej Opery Królewskiej Capella Regia Polona pod dyrekcją Krzysztofa Garstki brzmi bardzo dobrze. Jest przyjazna dla ucha i melodyjna. Sam dyrygent gra na klawesynie, który postawiono na niewielkich organach czyli tzw. pozytywie. Ma dwie klawiatury pod rękoma i z nich często korzysta.

Fleciści grają na fletach prostych, czasami na altowych, czasami na bardziej piszczących sopranowych. Prócz tego solistka gra na skrzypcach i stoi przed sekcją smyczków. Z boku są jeszcze chitarrone, wiolonczela, kontrabas. Nic nie zakłóca śpiewu solistów i niewielkiego chóru.
Śpiewacy w niezłej akustyce Teatru Królewskiego w Starej Oranżerii także nie powinni mieć jakichkolwiek problemów. Kupidyn w wykonaniu Jana Jakuba Monowida brzmi czysto, przejrzyście, choć gdy soliście nakazano zmienić w jednej ze scen sposób śpiewania na bardziej ironiczny, pojawia się sztuczność. Znakomicie wypada wizualnie i aktorsko Anna Radziejewska jako Wenus. Doskonałe wrażenie robi złota suknia boginii i złote bransolety, podobnie zresztą jest u Kupidyna. Brawo dla Emila Wysockiego. Gdy kochanek Wenus bawi się jej włosami jesteśmy skłonni uwierzyć w prawdziwe uczucie.
W finale bogini wydaje głośne, wysokie tony rozpaczy i dlatego możemy wybaczyć jej ostrość brzmienia mezzosopranu. Baryton Adonisa w interpretacji Adama Dobka jest w pełni zadowalający. Oszczędna ale sensowna reżyseria Pii Partum wyszlachetniła ten krótki, poetycki spektakl, choć paradowanie chóru z całkiem współczesnymi dubeltówkami może nieco drażnić nasze ekologiczne oko. Niewielkie zastrzeżenia można mieć do oprawy wizualnej.

Ładnie sprawdziła się „tapeta" ukazująca fragment twarzy słynnej Wenus Botticellego, który przez cały spektakl nie wybiega poza szarość i biel. Dopiero w finale, gdy tragedia kochanków staje się oczywista, ta piękna twarz Renesansu nabiera ciepłych, naturalnych barw. Intrygującym pomysłem są przesuwające się samoistnie archetypiczne drzewa w formie czarnych brył.

Jednak można mieć zastrzeżenia do animacji wideo pokazującej ptaki zrywające się do lotu podczas polowania. I jeszcze dziwniejsze się staje, że są to wszystko, do znudzenia zapętlone i wciąż powtarzane, te same gołębie. Za reżyserię świateł oraz projekcje odpowiadały wspólnie scenografka Karolina Fandrejewska i Pia Partum. Ciekawe, czy król brytyjski, któremu zaserwowano takie widowisko ze smutym zakończeniem, czuł się wystarczająco „rozerwany"?
Joanna Tumiłowicz