„Wiara czy szkielko, oto dylemat“ jakby to ujął z lekka sparafrazowany Onek z Garbusa Mrożka. Od tak postawionego pytania w epizodzie zatytułowanym List do ojca (nawiązanie do biografii brytyjskiej biofizyczki żydowskiego pochodzenia uosabianej przez aktorkę Magdalenę Popławską) zaczyna się widowisko Krystiana Lady Pięć obrazów z życia i śmierci Rosalind Franklin, dedykowane wspomnianej naukowczyni, a ułożone do utworów wokalno-instrumentalnych Johannesa Brahmsa (Elegia.

Brahms w ramach festiwalu Opera Rara – pokazy w teatrze Łaźnia Nowa w Krakowie 21-23 lutego 2025). Dalszy jego rozwój zdecydowanie opowiada się za wiarą i czuciem niż szkiełkiem i okiem nauki. Poszczególnym czterym „małym kantatom“ niemieckiego kompozytora towarzyszą ceremonie żałobne zgodnie z hasłem Kory z „Nocy listopadowej“ Wyspiańskiego: „Umrzeć musi, co ma żyć“.
Ich hasłami wywoławczymi są: Pożegnanie (Rapsodia „Podróż zimowa w góry Harzu“ op. 53 na alt, chór męski i orkiestrę), Transfiguracje (Pieśń losu op. 89, podobnie jak poprzedni utwór do słów Johanna Wolfganga Goethego), Oczyszczenie (Pieśń przeznaczenia op. 54 do poezji Friedricha Hölderlina) oraz Introspekcja(Pieśni żałobne op. 82 do wierszy Friedricha Schillera).

Wpisują się one w ideę wiecznego powrotu poprzez pośmiertny powrót do czterech żywiołów: oczyszczającej wody (lejące się z góry strumienie, przemieniające wniesioną papierową trumnę w biały całun, a następnie wykorzystywanej do obmycia zwłok pod postacią kobiecego ciała) oraz ognia (zapalone świece), powietrza (dymy i kadzidła) i ziemi, przywołanej za sprawą kamieni składanych żydowskim obyczajem na grobie.
Na ten ostatni aspekt wskazywałyby też stroje żałobników (kost. Natalia Kitamikado), a co za tym idzie idea wiecznego powrotu wpisywałaby się w pojęcie gilgul czyli wędrówki dusz (גלגולנשמות), odradzających się w nowych ciałach (finałowa apoteoza z udziałem ośmiu nagich postaci). Muzyka Brahmsa o wyraźnie akademickich znamionach przydawała całości wymiar wyzbytego z tragizmu, olimpijskiego spokoju i pogodzenia z odwiecznymi prawami natury pod postacią bezosobowego losu. Głębokim altem śpiewała Justyna Rapacz, zwracając uwagę płynnym prowadzeniem frazy kształtowanej za pomocą spokojnego, nieśpiesznie rozwijającego się legato oraz portamenti niepostrzeżenie łączących odległe dźwięki.
W ujęciu scenicznym odgrywając zarazem rolę czuwającej nad wypełnieniem przeznaczenia Parki. Dwa ostatnie utwory można było porównać z filharmonicznym wykonaniem pod dyrekcją Antoniego Wita sprzed tygodnia, tyle że tym razem w interpretacji Capellæ Cracoviensis na historycznych instrumentach, w tym smyczkowych zaopatrzonych w jelitowe struny, oraz chóru, poza czysto muzycznymi mającego do spełnienia zadania aktorskie.

Siłą rzeczy to na nich koncentrowała się lwia część uwagi, a nie ukrytej w głębi, za kłębami dymów orkiestrze. Wprowadzeniem do opisanego powyżej misterium życia i śmierci było odegranie I Symfonii op. 68 Brahmsa w żałobnej tonacji c-moll. O ile menuety Josepha Haydna odznaczają się wyrazistymi i zamaszystymi rytmami, scherza Beethovena rozpędzonymi tempami, to Brahmsowskie toczą się nieśpiesznie i bardziej przypominają idylliczne, pastoralne intermezza, łącząc w ten sposób zdyscyplinowanie i wrażliwość klasycystyczną z romantyczną, naznaczoną marzycielstwem.
I taka była interpretacja całości pod dyrekcją Jana Tomasza Adamusa, łagodzącego większe kontrasty dynamiczne i wydobywającego nade wszystko optymistycznie zabarwione afekty z tej w innych ujęciach elegijnej partytury, którą w przeszłości opatrywano programowym mianem Patetycznej. Czy za rok należy oczekiwać Brahmsowskiej „Pastoralnej" czyli II Symfonii i może kantaty Rinaldo, choć moim zdaniem ta ostatnia lepiej komponowałaby się z Heroiczną czyli Trzecią.
Lesław Czapliński