Zacznijmy od muzyki, a w każdym razie jej wizualizacji. Ten film wita nas na początku, a także kończy się tym samym surrealistycznym obrazem. Na pustkowiu stoi fortepian, z którego nieustannie leje się woda do niewielkiego basenika. Wylewa się coś, czego nie warto słuchać.
Czy trzeba bardziej przenikliwej krytyki tego, co się słyszy na co dzień, co nieustannie płynie z głośników i głośniczków. Jesteśmy zalewani blichtrem, muzyczną kompromitującą tandetą. Niektórzy mówią na to – muzak, ale to jeszcze coś gorszego, co nas znieczula na sztukę, co nas degeneruje. Tak wygląda tylko niemy początek prześmiewczej biografii słynnego artysty, bo w ogóle film jest o czymś innym.

Jeśli ktoś próbował kiedyś przeprowadzić wywiad z kabotyńskim celebrytą, to znajdzie w tym filmie dokładny opis takiego działania. Tym razem chodziło o hiszpańskiego malarza Salvadora Dalego. Ów wywiad z udziałem początkującej dziennikarki, mikrofonów i kamer jest główną osią fabuły dziełka francuskiego twórcy Quentina Dupieux. Już tytuł Daaaaaali! daje do myślenia jak wielkim megalomanem był ów malarz i performer, jeden z głównych filarów surrealizmu. Dlatego m.in. kreuje tę postać aż 4 aktorów, (ktoś się doliczył pięciu). Samej sztuki Dalego jest jak na lekarstwo, jeden albo dwa obrazki, i to wcale nie te najsłynniejsze. Bohaterem jest on, mówiący po francusku przesadnie wyraźnie, dobitnie, z obcym akcentem, co wydaje się jeszcze bardziej wyróżnia go spośród innych ludzi.
On chce, aby świat się kręcił wokół jego osoby i nawet tłumaczy, że mistrz świata w boksie Muhammad Ali, właściwie nazywał się Muhamma Dali. Film nakręcony jest w stylu zwariowanej komedii Luisa Buñuela, gdzie różne wątki powtarzają się uporczywie, ale za każdym razem trochę zmienione, co też jest wynalazkiem muzycznym. Nawet koniec filmu i sakramentalne „FIN" powtórzone jest 5 albo 6 razy. To po prostu tzw. koda.
Muzyka do tego filmu autorstwa Thomasa Bangaltera też jest właściwie ostinatowym powtórzeniem jednego, kilkudźwiękowego tematu granego na klasycznej gitarze lub mandolinie. Melodyjka w stylu neapolitańskim przewija się przez cały film i dobrze pasuje do reżyserskiego zamysłu. Dlaczego reżyser dopiero 35 lat po śmierci malarza kreśli jego portret?
Ponoć dostrzegł aktualność takiego tematu, coraz częstsze pojawianie się takich megalomańskich postaci w naszym życiu publicznym i w kulturze. A jeśli nawet nie to było powodem powrotu Dalego, to i tak warto obejrzeć film o niecodziennym artyście, który potrafił swoimi dziwactwami wspiąć się na szczyty publicznego zainteresowania. Początki malarza wcale nie zapowiadały sukcesu medialnego i finansowego. Jako student Królewskiej Akademii Sztuki w Madrycie został dwa razy wydalony i nigdy nie podszedł do egzaminów końcowych. Uważał, że jest lepiej wykwalifikowany niż osoby, które miałyby go egzaminować. W swym zarozumialstwie przekroczył wszelkie granice.
Powiedział m.in., że jeden jego obraz jest więcej wart niż wszystkie obrazy Picassa. Paradoksalnie to właśnie Picasso wyasygnował sporą sumę na wyjazd Dalego do USA. Może zadziałała tu hiszpańska solidarność artystów. Tak czy inaczej Dali karierę zrobił, i jeszcze ten skrajny ekscentryk wymyślił własną metodę surrealistyczną zwaną „paranoiczno-krytyczną".

Aby zamknąć klamrą biograficzny obrazek pokazujący malarza w krzywym zwierciadle przywołamy polski, muzyczny wątek Dalego. Otóż nasz wybitny kompozytor Krzysztof Penderecki w latach 70. będąc w Hiszpanii odwiedził słynnego malarza. Dla ugruntowania swego rozgłosu nosił się z myślą zaproszenia artysty do Polski. Zdradził swój pomysł założycielowi Przekroju Marianowi Eile.
Redaktor, a także malarz, podchwycił pomysł i stwierdził, że nawet jeżeli z takich czy innych powodów okaże się to niemożliwe, trzeba przynajmniej taką rewizytę zaimprowizować. W ten sposób powstała idea medialnego wydarzenia pt. „Dali rewizytuje Pendereckich”, która ujrzała światło dzienne w 1976 roku. Elżbieta i Krzysztof Pendereccy – rozbawieni pomysłem – zgodzili się w nim wystąpić. Wielkiego malarza odgrywał Włodzimierz Mancewicz (to pewnie ten piąty Salvador) , a jego żonę Anna Arvay. Penderecki zresztą zdradził, że Picasso i Dali byli jego ulubionymi malarzami. Powstała seria zabawnych zdjęć, która jest do dziś symbolem fantazji i poczucia humoru naszego kompozytora i Mariana Eilego. Muzyka i surrealizm mają wiele ze sobą wspólnego.
Joanna Tumiłowicz