Założona w Londynie w 1692 roku zorganizowała w niedzielę 16 lutego w Łaźni Nowej imprezę integracyjną z okazji urodzin prezesa Oberona, na co wskazywały charakterystyczne, stożkowate nakrycia głowy jej uczestników. Jest to korporacja wielobranżowa, zajmującą się robotami ziemnymi-drogowymi i ratownictwem medycznym.

Pakiet kontrolny należał do angielskiego kompozytora Henry Purcella, który zapisał go krakowskiemu festiwalowi Opera Rara pod warunkiem wystawiania jego dzieł. I tak doszło do serii przedstawień we wspomnianej Łaźni Nowej jego Czarodziejskiej królowej (Królowej elfów). Udziałowcem korporacji okazał się także żyjący dwa wieki później Richard Wagner, skoro spomiędzy nut angielskiego kompozytora rozlega się wstawiony Liebestod czyli miłosna śmierć Izoldy z jego dramatu muzycznego poświęconego jej i Tristanowi.
Nawiązano w ten sposób do barokowej tradycji pasticcia czyli oper składanych z numerów muzycznych skomponowanych przez różnych kompozytorów. Przez pierwszą część zastanawiałem się, kto jest faktycznym reżyserem w teatrze muzycznym? Czy osoba ustawiająca sytuacje sceniczne, czy może jednak kompozytor, który poprzez oznaczenia dynamiczne określa usytuowanie przestrzenne śpiewaków, a tempa i rytm określają ich ruch.

Nie mam pretensji o anachroniczne przeniesienie akcji w czasy współczesne, bo gatunek angielskiej maski, do którego przynależy to dzieło Purcella, odznaczał się pretekstową fabułą i znaczną dowolnością w zakresie inscenizacji mającej przede wszystkim olśnić swą wystawnością.

Ale w reżyserii Cezarego Tomaszewskiego było za dużo „zaśmiecenia“ scenicznego, nie posiadającego jakiś szczególnych wartości samoistnych, za to skutecznie odwracającego uwagę od muzyki i po prostu swym nadmiarem na dłuższą metę nużącego. Podczas przerwy, na czas której publiczność musiała opuścić widownię, artysta przeszedł swoistą metamorfozę i odtąd sam zasłuchał się w muzyce, służąc głównie jej niezakłóconemu przekazowi. Scena opustoszała, znajdujący się dotąd na przodzie pokiereszowany samochód powędrował daleko do tyłu. Ograniczył ruch postaci do minimum, poprzestając na wykonujących w danym momencie solowe numery.
Mnie nie szkodziłby przy tym większy udział czynnika choreograficznego (dwóch tancerzy: Dariusz Kowalewski i Dawid Pieróg w skórzanych kostiumach mogących budzić skojarzenia z BDSM, na początku zaopatrzonych dodatkowo w stelaże do krynolin, rozchylające się i ukazujące nogi obok odsłoniętych na zasadzie mi parti, czyli niesymetrycznie pojedynczych ramion) oraz gry światłami jako najskuteczniejszych sposobów wizualizacji z natury abstrakcyjnej muzyki.

Nie wszystkich artystów udało mi się w pełni zidentyfikować. Wspomnę więc o srebrzyście brzmiącym kontratenorze Arturze Plincie, którego jasny tembr sprawiał, że przez długi czas nie miałem pewności, czy to nie jest głos kobiecy, a kostium nie ułatwiał zadania w tym względzie. To także giętki sopran Anny Koehler przekazujący skalę emocji zawartych w rolach lamentu nr 40 O let me weep (Pozwól mi płakać).
Partie wokalne Purcella łączą naturalną śpiewność z nieprzesadną ornamentacją w formie melizmatów, co dotyczy przede wszystkich głosów sopranowych reprezentowanych przez Aleksandrę Żakiewicz i Ingridę Gápovą, które w rolach dwóch Wróżek umiejętnie potrafiły wyważyć te proporcje.
Ponadto spośród solistów wyróżniał się wyrównany brzmieniowo tenor Karola Kozłowskiego oraz odznaczający się pożądaną w muzyce barokowej giętkością bas Jakuba Borgiela. Zespół instrumentalny, utworzony na potrzeby festiwalu, poprowadziła od skrzypiec chilijska muzyczka Ana Liz Ojeda Hernandez.
W jego grze zwracała uwagę momentami stosowana w celach ekspresyjnych szorstka artykulacja, a kiedy indziej eteryczne piano pianissimo, na przykład pod koniec wspomnianego lamentu nr 40 Skargi (the Plaint). Zadania aktorskie wykonywał i wokalnie uczestniczył w scenach zespołowych Chór Powszechny, współtworzony przez entuzjastów dawnej muzyki i wykonawstwa historycznego. Szkoda jedynie, że po dwóch powtórzeniach całe przedsięwzięcie i włożony weń wysiłek artystów przejdą do przeszłości. Warto może, by tego rodzaju inicjatywy powstawały w koprodukcji różnych instytucji kulturalnych i potem dłużej były eksploatowane w różnych miejscach, udostępniane szerszej publiczności, a wykonawcom dające szansę na dłuższe zajęcie.
Lesław Czapliński