Składających się na muzyczne partytury. Tym razem związane z szeroko pojmowanym romantyzmem. Jego akademicka solidność to Johannes Brahms. A zatem pewna doza powściągliwości, na jaką zasługują Nänie, pieśni żałobne do słów Friedricha Schillera, cechowała podejście Antoniego Wita względem opusu 82 niemieckiego kompozytora.

Składają się na nie trzy treny: Orfeusza opłakującego małżonkę Eurydykę, Afrodyty kochanka Adonisa oraz Tetydy syna Achillesa. Wobec śmierci bezsilne okazuje się nie tylko piękno, jak to ujął w pierwszym wersie poeta, ale ulec jej musi i nie znające lęku męstwo. Szczególną uwagę zwracała plastyczność chóralnego brzmienia w różnych planach dynamicznych, ale rzeźbienie w zespole starannie przygotowanym przez Piotra Piwko jest już w znacznej mierze ułatwione.
W utworze tym nie ma miejsca na rozpacz, lecz dominuje afekt dojrzałego pogodzenia z przeznaczeniem, natomiast dopiero w pieśni poświęconej temu ostatniemu – Schicksalslied do poezji op. 54 Friedricha Hölderlina – kapelmistrz mógł sobie pozwolić na więcej romantycznych uniesień, a co za tym idzie i wyrazowych kontrastów. Dawno już nie słyszałem pod dyrekcją Antoniego Wita z takim wyczuciem wyegzekwowanego pianissima w smyczkach jak w Adagiu. Z kolei w Allegro szlachetną urodą odznaczało się poetyckie kołysanie dialogujących fraz wiolonczel ze skrzypcowymi.

O ile Brahms to ujęta w żelazną dyscyplinę formalną wrażliwość apollińska, o tyle do żywiołu dionizyjskiego według klasyfikacji Nietzsche'ańskiej zdaje się nawiązywać skłonna do przesady neoromantyczna twórczość Richarda Straussa. Maestria z jaką włada on dźwiękowym malarstwem i swoboda w operowaniu rozbudowaną, według Debussyego ponad miarę, orkiestrą (zwiększona obsada poszczególnych sekcji, w tym dwie tuby, tuby wagnerowskie, dwie harfy, organy).
Co prawda zanim podjęto ekspedycję w groźne i niedostępne partie Alp w towarzystwie tego kompozytora pochodzącego z nie tak odległego Mnichowa, może należało wybrać za cel mniej eksponowaną wędrówkę, mając za przewodnika Brahmsa i jego muzyczny bedeker czyli Rapsodię altową „Podróż zimowa w góry Harzu“? Inspiracji do napisania Symfonii alpejskiej op. 64 dostarczyć miała Straussowi wycieczka na znów nie tak niebotyczny szczyt Heimgartenu, który w jego dźwiękowej wizji nabrał wyniosłości i dzikości.
Zawiera ona mniej lub bardziej dosłowne treści programowe, których przywołaniu służą dzwonki pasterskie w obrazie hali, a w rozpętanej burzy rozlegają się efekty akustyczne wytwarzane przez maszynę imitującą wiatr oraz płat blachy dźwięki grzmotów.

Ale w ustępach bardziej pastoralnej natury, ilustrujących toczące wody górskie strumienie, roztaczające się ze szczytu bezkresne widoki czy odwieczne trwanie lodowca, do głosu dochodzą także luźno związane z tą tematyką zmysłowe i niekiedy zgoła kameralne motywy z mającego prapremierę cztery lata wcześniej Kawalera srebrnej róży, stanowiącego skądinąd apoteozę rokoka.

Wszystko to dostarczyło Antoniemu Witowi okazji do roztoczenia bogatego spektrum brzmieniowego oraz dynamicznych gradacji, przy czym nigdy nie stających się przejaskrawionymi czy hałaśliwymi w swym dźwiękonaśladownictwie. Mimo wszystko nie zapomniał o pierwszej części koncertu, a co za tym idzie jakby ujął i przesączył Straussowską wybujałą żywiołowość i skłonność do przesady przez Brahmsowskie olimpijskie opanowanie. Szczególne wrażenie wywierało przytłumione i ledwie wyłaniające się z mroków nocy orkiestrowe tutti, by stopniowo nabierać jasnych barw zapowiadających wschód słońca. Efekty te ulegną z kolei odwróceniu pod sam koniec, kiedy świat po ekscesach dnia na powrót pogrąża się w ciemności. Jak to zwykł czynić przez całe swe życie zawodowe, Maestro poprowadził 14 lutego koncert orkiestry i chóru Filharmonii Krakowskiej z pamięci.
Lesław Czapliński