W sytuacji, gdy repertuar rosyjski nie cieszy się wzięciem, choć dotyczy to głównie muzyki, opery, a szczególnie zdyscyplinowane w przestrzeganiu tej swoistej sankcji są państwowe filharmonie, teatry muzyczne, radio i telewizja, stołeczny Teatr Powszechny na pożegnanie dyrektora daje Wiśniowy sad według Antona Czechowa, z różnymi dodatkami i przewrotkami. Za te uzupełnienia odpowiedzialni są po części Łukasz Chotkowski oraz Paweł Sztarbowski – tekst i dramaturgia, i pewnie autorka tłumaczenia Agnieszka Lubomira Piotrowska.
Rzecz w tym, że reżyser całości Paweł Łysak postarał się, aby wszelka rosyjskość wyparowała z tego Wiśniowego sadu, a w zamian pojawiła się ukraińskość, ale w wymiarze ponadczasowym, ponadregionalnym i ponadmentalnym. Autor spektaklu uznał, że jeśli np. Czekając na Godota Samuela Becketta jest w jakimś sensie rezultatem albo dalszym ciągiem „rozmemłania" i bezsiliności, której doświadczają bohaterowie Czechowa, to można jedno z drugim jakoś połączyć, uzupełnić niektóre dialogi o cytaty z Końcówki Becketta, a dodatkowo do obsady wstawić aktora z Ukrainy, pochodzącego z Donbasu Artema Manuilova, który w swoim języku doda ze dwa zdania. Niestety wszystkie te zabiegi spełzły na niczym, Czechow ze swoim krytycyzmem co do rosyjskiej inteligencji przedrewolucyjnej wyszedł na powierzchnię i bohaterowie pożegnali się ze swoim sadem, który kiedyś rodził tyle soczystych i miękkich wiśni. Dekoracje sugerujące jakieś miejskie, zaniedbane bloki a nie wiejską posiadłość, nie zdołały odwrócić wyobraźni widzów, były w kontekście przeważającej ilości Czechowowskiego tekstu bezsilne. Analogie występujące pomiędzy XIX-wiecznym Rosjaninem i XX-wiecznym Irlandczykiem okazały się zbyt wątłe, aby spektaklowi nadać jakiś inni niż w oryginale wydźwięk i przesłanie metafizyczne.
To tak, jakby połączyć Zemstę Fredry z Moralnością pani Dulskiej i postarać się o znalezienie wspólnego mianownika, jakim jest np. polski koloryt. Niestety porażka samego zamysłu reżyserskiego i adaptacyjnego nie wyczerpuje słabości tego zamierzenia. Również realizacja i warsztat teatralny Wiśniowego sadu pozostawia wiele do życzenia. Oj przydałby się jakiś miernik dopuszczalnych decybeli, który został przekroczony z powodu niskich, dudniących dźwięków przedzielających poszczególne sceny spektaklu.

Dominik Strycharski dostarczył sporej porcji łomotu atakującego nie tylko uszy, ale bezpośrednio wprowadzający drgania i wibracje do organizmu ludzkiego, co przyjemne nie jest. Oczywiście rozumieć to można jako zapowiedź wojennej grozy, ostatecznego napięcia nerwów przez zbliżającą się zagładą, którą tak naprawdę jest tylko zlicytowanie i sprzedaż zadłużonej posiadłości z dużym sadem. A przecież drzewa umierają bezgłośnie. W paroksyzmach huku pojawia się jeszcze jakaś wokaliza, której bezsens i bezkształtność została przez jednego z recenzentów określona słowem „genialna". Cały spektakl, choć w zasadzie kameralny, skłonił realizatorów do wyposażenia wszystkich artystów w mikroporty, co skutecznie komplikuje rozpoznanie postaci, które w danej chwili coś mówią. I jeszcze, excusez le mot, „wisienka" na torcie. W pewnej scenie pojawia się koedukacyjna para golasów, potrzebna chyba tylko po to, by zwiększyć obroty. Legendarny Adam Hanuszkiewicz, który sam przyzwoitką nie był, powiadał czasami, że jak reżyserowi nie starcza wyobraźni i pomysłów, to wypuszcza na scenę gołą babę i po kłopocie. Tak też było w Wiśniowym sadzie. Może lepiej było zostawić Becketta (albo Czechowa) w spokoju i skupić się na jednym temacie, zwłaszcza, że aktorzy Teatru Powszechnego fuchy nie odstawiają.
Joanna Tumiłowicz