Połowę piątkowego (7 lutego) koncertu Filharmonii Krakowskiej wypełniła muzyka ormiańska, choć bez duduka i jego hipnotyzującego brzmienia. Za to z Koncertem skrzypcowym d-moll Arama Chaczaturiana, którego muzyka zbyt rzadko pojawia się na naszych estradach i w repertuarze polskich muzyków.

Co prawda za jego życia Ormianie odeń się dystansowali i odcinali ze względu na zamieszkanie w Moskwie i posługiwanie się językiem rosyjskim. Po śmierci, w niepodległej Armenii stał się wszakże patronem sali koncertowej w stołecznym Erywaniu, a jego pomnik stanął przed nią w 1999 roku. Urodził się natomiast, jak wielu wybitnych Ormian (np. dyrygent Aleksandre Melik-Paszajan czy filmowiec Sarkis Paradżanian), w gruzińskim Tyflisie, ważnym ośrodku diaspory. Światowy rozgłos przyniósł mu właściwie jeden utwór, będący faktycznie wyjątkiem z większej całości, a mianowicie Taniec z szablami z baletu Gajane.
Rozgrywającej się w ojczyźnie kompozytora socrealistycznej historii z sabotażystami i szpiegami oraz tytułową bohaterką ostatecznie wydającą organom własnego męża. Stąd na potrzeby polskiej premiery w łódzkim Teatrze Wielkim Boris Ejfman stworzył nowe libretto, przenoszące akcję w czasy historyczne. Zgodnie z określeniem tempa pierwszej części jako Allegro con fremezza Koncert rozpoczyna się frenetycznym tutti orkiestrowym, z którego wyłania się partia skrzypiec w szesnastkowych biegnikach.
Przeciwieństwem jest drugi temat lirycznej natury z kantylenowymi frazami orkiestrowych wiolonczel, które powrócą w jednym z epizodów finału Allegro molto, a w kadencji solowym skrzypcom zrazu towarzyszy klarnet. Druga część, Andante sostenuto, rozpoczyna się w klimacie romansu w rytmie walca (tenże z muzyki do Maskarady Lermontowa zyskał kompozytorowi nie mniejszą sławę niż wspomniany Taniec z szablami), a po kulminacji altówki na tle pizzicata wiolonczel i kontrabasów intonują uporczywie powtarzany motyw o orientalnym zabarwieniu, przejmowany następnie przez solistkę i pozostałe sekcje instrumentalne.

Tego rodzaju stylizacje, również u innych twórców, zyskały miano „chaczaturianizmów“. Występ w Koncercie tego kompozytora stanowił benefis Joanny Konarzewskiej, na co dzień koncertmistrzyni krakowskich filharmoników. Skrzypaczka grała pewnym, nośnym dźwiękiem i z wirtuozowskim zacięciem w skrajnych ogniwach, ale dała się też poznać jako wrażliwa interpretatorka ustępów o poetycko-refleksyjnym charakterze. Artystka zaprezentowała się w stylowej, acz oryginalnie zaprojektowanej czarnej toalecie, z niesymetrycznie odsłoniętym jednym ramieniem.
Towarzyszącą jej orkiestrę zdecydowanym gestem poprowadził zaś urodzony trzydzieści siedem lat temu w Erywaniu Sarkis Smbatian, a więc ormiański kapelmistrz średniego pokolenia. Po przerwie przeniósł nas nad Dunaj, do Wiednia, ale nie Johanna II Straussa, lecz Ludwiga van Beethovena, który skomponował tam swą Eroikę.

Należy ona do jego dzieł sławiących bojowników o wolność jak muzyka do Goethowskiego Egmonta, opera Fidelio czy okolicznościowa muzyka batalistyczna Zwycięstwo Wellingtona pod Vittorią. III Symfonia Es-dur op. 55 pierwotnie dotyczyła Napoleona Buonaparte, ale po jego koronacji na cesarza kompozytor, będący zagorzałym republikaninem, zrezygnował z poświęcenia utworu konkretnej postaci. To muzyka bohaterska, o czym świadczy sama tonacja, oraz pełne impetu, huczne rozpoczęcie Allegra con brio, ale w dalszym ciągu oczekiwałbym większego wyważenia dynamicznego. Nie udało się też stonować pewnej rozwlekłości Marcia funebre.

Podobało mi się natomiast w ujęciu Smbatiana Scherzo w tempie Allegro vivace, którego temat przekazują sobie kolejne sekcje instrumentalne, a w triu zadowoliło wyrównane brzmienie waltorni. Już w Koncercie Chaczaturiana zwróciłem uwagę na krótkie wejścia fletu w wykonaniu Magdaleny Di Blasi, ale większa rola przypadła jej w Eroice, kiedy w wariacyjnym finale ten właśnie instrument przeprowadza do zwrotu all'ungherese oraz poprzedza charakterystyczne dla Beethovena ritardando opóźniające przebieg, zanim nastąpi wieńcząca koda. Zwracał też uwagę kotlista Ryszard Haba, który w pełni zasłużył na słowa uznania.
Lesław Czapliński