Krótkie charakterystyki różnych osób ułożone w porządku alfabetycznym to murowany przebój wydawniczy. Warunek, aby były napisane ciekawie, pikantnie, a przynajmniej dowcipnie. Były już alfabety Kisiela, Tyrmanda, Jastruna, Raczka/Kałużyńskiego, Urbana, Braci Kaczyńskich, Odojewskiego. Jaki na tym tle jest Alfabet dla zaawansowanych Sławomira Pietrasa?
Właśnie zgodny z tytułem, bowiem opera, gwiazdy śpiewu i baleriny są jakby na marginesie zaciekawienia średnio kulturalnego człowieka. Może on nawet słyszał kiedyś o Marii Callas albo o Bernardzie Ładyszu, ale cała reszta, to już postacie coś mówiące właśnie tylko zaawansowanym w percpecji sztuki wyższej. Akurat takie osoby były zawsze w orbicie zainteresowań autora, który swą karierę dyrektorską szlifował w teatrach operowych Bytomia, Wrocławia, Łodzi, Warszawy, Poznania i jeszcze zakładał różne festiwale muzyczne ze śpiewem i tańcami.
Osoby, które wtedy poznał trafiły na łamy najpierw tygodnika Angora a później zebrały się w książce wydanej ze sporą ilością zdjęć, głównie autorstwa wydawcy tego 366 stronicowego tomiszcza, Juliusza Multarzyńskiego. Dziwne, że to nie on wyrysował karykaturę Sławomira Pietrasa na okładce, ale śpiewak, do tego tenor i jeden z następców autora na stanowisku dyrektora Teatru Wielkiego w Łodzi, czyli Dariusz Stachura, o którym w zbiorku nie ma ani słowa. Prócz artystów są w Alfabecie scharakteryzowane krótko i czasem dosyć oryginalnie, czyli niebanalnie, różne inne ważne osoby, z którymi autorowi przyszło się jakoś zetknąć. Jest tutaj i Wojciech Jaruzelski – z podziwem za znajomość twórczości Prokofiewa, i Karol Wojtyła – z żarem. Są Jerzy Urban potraktowany ostrożnie i abp. Juliusz Paetz, którego Pietras jakby broni. Lech Wałęsa został potraktowany nieco złośliwie, a Aleksander Kwaśniewski z sympatią.

No ale to tylko margines Alfabetu Pietrasa. Główną zawartość stanowią skondensowane, ale dosyć dogłębne sylwetki artystów teatrów operowych, z ogromną przewagą śpiewaków. Kogo tu nie ma, chciałoby się zapytać. Autor przy okazji chwali się, że niektórym z nich nawet akompaniował przy fortepianie, co w zupełnie innym świetle stawia kompetencje muzyczne „dyrektora wszystkich dyrektorów”. Znakomita pamięć wyciąga z zamierzchłych czasów postacie wybitne, choć dziś kompletnie zapomniane, jak choćby Alicja Dankowska. Taka sylwetka pełna wdzięczności za służbę pięknu jest bodaj jedyną nagrodą, na którą oczekują na Ziemi, lub w Niebie, ci którzy oddali sztuce muzycznej swe życie. W naszej polityce kulturalnej przyjęło się nie przypominać o ludziach kształtujących wyobraźnię i dostarczających wzruszeń, gdy tylko odejdą ze sceny. W tej dziedzinie działalność Sławomira Pietrasa jest absolutnie unikalna i kompletnie niedoceniona. Samo wymienianie nazwisk tych, którym pamięć się należy, a tylko on o nich wspomina, zapełniłoby trzy miejsca na takie recenzje, więc skupię się na młodych, o których zdawkowo, wybiórczo, ale nasz autor także pisze. Do tego wróży im wspaniałą przyszłość. Np. Oskarowi Świtale wieszczy stanowisko dyrektora opery, zaś Radomirowi Witowi – sławę i chwałę telewizyjnej gwiazdy. I jest jeszcze notka, której nie umieszczono w porządku alfabetycznym. Nosi tytuł Moi Rodzice i jest jakby nostalgicznym skokiem do początków własnych. Wspomnienia o innych pieczętuje powrót do domu rodzinnego.
Joanna Tumiłowicz